Ekoschematy miały zachęcić rolników do stosowania praktyk korzystnych dla środowiska, klimatu i dobrostanu zwierząt. Rolnicy odpowiedzieli na tę zachętę znacznie szerzej, niż przewidywało Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Zaczęli sporządzać plany nawożenia, stosować uproszczone systemy uprawy, wysiewać międzyplony, mieszać obornik i słomę z glebą, inwestować w aplikację nawozów naturalnych oraz przystępować do Integrowanej Produkcji Roślin.
System osiągnął więc dokładnie to, czego od niego oczekiwano: praktyki środowiskowe zostały wdrożone na masową skalę. Problem polega na tym, że budżet nie urósł wraz z zainteresowaniem rolników.
Na ekoschematy przeznaczono minimum 25 proc. rocznej koperty płatności bezpośrednich. W latach 2023–2026 było to średnio około 884 mln euro rocznie. Jest to duża kwota, ale zarazem pula zamknięta. Jeżeli jeden ekoschemat obejmuje więcej hektarów lub zwierząt, niż zakładano, pieniądze trzeba znaleźć wewnątrz tego samego budżetu: ograniczyć stawki, wykorzystać oszczędności w innych instrumentach albo… sięgnąć do środków przeznaczonych na Podstawowe Wsparcie Dochodów.
ROLNICY WYKONALI PLAN Z NADMIAREM
Największe zainteresowanie wzbudziło Rolnictwo węglowe i zarządzanie składnikami odżywczymi. Już za kampanię 2023 wypłacono w ramach tego ekoschematu ponad 3,18 mld zł.
Jeszcze bardziej spektakularnie wzrosła Integrowana Produkcja Roślin. System, który wcześniej obejmował głównie około 20–25 tys. ha upraw sadowniczych i specjalistycznych, po włączeniu do ekoschematów zaczął rozwijać się w tempie, którego nie przewidywały dokumenty planistyczne.
W 2023 r. certyfikacją objęto około 148 tys. ha, w 2024 r. ponad 341 tys. ha, a w 2025 r. już ponad 555 tys. ha. Zdecydowaną większość tej powierzchni stanowiły uprawy rolnicze. W ciągu trzech lat system osiągnął skalę ponad dwudziestokrotnie większą od pierwotnych założeń.
Nie jest to dowód porażki tych ekoschematów. Jest to dowód na to, że rolnicy przyjęli zaoferowane im warunki i masowo wdrożyli praktyki, za które państwo obiecało dodatkowe wynagrodzenie. Ekoschematy stały się ofiarą własnego sukcesu.
NAJPIERW RATUNEK NIOSŁY NIEWYKORZYSTANE ŚRODKI NA DOBROSTAN
W pierwszym okresie system można było jeszcze bilansować dzięki temu, że nie wszystkie ekoschematy wykorzystywały zaplanowane dla nich środki.
Największe rezerwy pojawiły się w Dobrostanie zwierząt. Dzięki nim możliwe było finansowanie większego, niż przewidywano, zainteresowania ekoschematami obszarowymi, przede wszystkim Rolnictwem węglowym i IPR.
Trzeba o tym pamiętać w obecnej dyskusji. Nie byłoby uczciwe przedstawianie sytuacji tak, jakby producenci roślinni mieli teraz finansować działania kierowane do producentów zwierzęcych. W pierwszych latach przepływ środków następował w dużej mierze w przeciwnym kierunku. Mechanizm ten mógł jednak działać tylko tak długo, jak długo w innych instrumentach pozostawały oszczędności.
MINISTERSTWO ZACZĘŁO HAMOWAĆ SYSTEM
Pierwsza poważna odpowiedź MRiRW na sukces ekoschematów pojawiła się już w 2024 r. Resort stanął przed prostym wyborem: albo zwiększyć finansowanie ekoschematów kosztem Podstawowego Wsparcia Dochodów, albo zmniejszyć stawki ekoschematów.
Ministerstwo wybrało ochronę PWD. Samo przyznało, że uzupełnienie środków brakujących na ekoschematy obszarowe wymagałoby obniżenia podstawowej płatności ze 112,93 euro do około 95 euro na hektar. Zamiast tego ograniczono wysokość płatności za praktyki środowiskowe.
W 2025 r. hamowanie zostało wpisane bezpośrednio w zasady systemu. Wprowadzono łączny limit 300 ha na gospodarstwo. Do tej samej powierzchni można było otrzymać płatność za najwyżej dwa ekoschematy, praktyki lub warianty. W IPR zlikwidowano płatność do towarzyszących trwałych użytków zielonych i podzielono stawki według grup upraw.
W przypadku upraw rolniczych stawka IPR spadła z 1363,77 zł/ha w 2023 r. do 818,92 zł/ha w 2024 r., a następnie do 505,18 zł/ha w 2025 r. W ciągu dwóch lat zmniejszyła się więc o niemal 63 proc.
Ważna rzecz: nie ustabilizowało się samo zainteresowanie rolników. Ustabilizowano przede wszystkim jego skutki finansowe — za pomocą limitów, zmiany punktacji, ograniczenia zakresu i obniżenia stawek.
Teraz MRiRW proponuje dalsze ograniczenia od 2027 r. Dotyczą one nie tylko IPR, lecz także właśnie Rolnictwa węglowego. Równolegle przygotowywany jest kolejny ekoschemat dla produkcji bydła. Dopóki resort nie przedstawi pełnej kalkulacji, nie można twierdzić, że wszystkie proponowane cięcia służą bezpośrednio sfinansowaniu nowego instrumentu. Trudno jednak pominąć fakt, że każde nowe zobowiązanie musi znaleźć miejsce w tej samej kopercie, obecnie wypełnionej już po brzegi.
OBRONA STATUS QUO NIE WYSTARCZY
Krajowa Rada Izb Rolniczych i Polski Związek Producentów Roślin Zbożowych sprzeciwiają się ograniczaniu istniejących ekoschematów, w szczególności wycofaniu wsparcia dla upraw rolniczych w IPR.
Ich argumenty są zrozumiałe. Państwo zachęciło rolników do wejścia w system. Rolnicy odbyli szkolenia, ponieśli koszty certyfikacji, dostosowali technologię, kupili sprzęt, zaczęli prowadzić dodatkową dokumentację i przyjęli na siebie ryzyko kontroli. Trudno zaakceptować sytuację, w której szerokie wdrożenie praktyki staje się następnie argumentem za jej ograniczeniem.
Popularność ekoschematu nie oznacza, że jest on niepotrzebny. Przeciwnie: może oznaczać, że został dobrze dopasowany do realiów gospodarstw i pozwolił osiągnąć efekt środowiskowy na znacznie większej powierzchni, niż zakładano.
Nie zmienia to jednak matematyki. Jeżeli organizacje rolnicze domagają się pozostawienia dotychczasowych ekoschematów, zachowania obecnego kręgu beneficjentów i utrzymania płatności na poziomie rzeczywiście rekompensującym dodatkowe koszty, powinny jednocześnie wskazać źródło finansowania.
Bez dodatkowych pieniędzy można pozostawić nazwy ekoschematów w przepisach, ale stawki będą nadal spadać. Będzie to utrzymanie formalne, nie realne. Ekoschemat, który przestaje pokrywać dodatkowe koszty i utracone korzyści, nadal istnieje na papierze, ale stopniowo traci swoje znaczenie gospodarcze. Rolnik będzie musiał wykonywać tę samą praktykę, prowadzić tę samą dokumentację i ponosić to samo ryzyko, otrzymując za to coraz mniejszą rekompensatę.
Nawet bez wprowadzania kolejnego ekoschematu utrzymanie wszystkich obecnych instrumentów na dotychczasowym poziomie będzie bardzo trudne.
PWD NIE MOŻE BYĆ TEMATEM TABU
W tym miejscu ważny głos wnosi Jacek Zarzecki.
Podnosi on możliwość zwiększenia środków na ekoschematy kosztem Podstawowego Wsparcia Dochodów. Oznaczałoby to zmianę proporcji między płatnością otrzymywaną zasadniczo do każdego kwalifikującego się hektara a wsparciem wypłacanym za rzeczywiste wykonanie dodatkowych praktyk.
Nie jest to łatwy kierunek. Obniżenie PWD dotknęłoby również gospodarstwa, które nie uczestniczą w ekoschematach. Zmieniłoby też podział środków pomiędzy gospodarstwami mniejszymi i większymi oraz pomiędzy właścicielami gruntów a rolnikami prowadzącymi bardziej intensywną działalność produkcyjną.
Jeżeli jednak KRIR i PZPRZ chcą realnie utrzymać obecne ekoschematy, muszą wziąć pod uwagę również ten wariant. Nie można jednocześnie sprzeciwiać się ograniczaniu praktyk, obniżaniu stawek, limitom powierzchni i sięganiu po PWD, a zarazem oczekiwać, że system sam się zbilansuje.
KTO MA OTRZYMYWAĆ WIĘKSZĄ CZĘŚĆ WSPARCIA?
Spór o ekoschematy prowadzi do pytania znacznie ważniejszego niż podział jednej rocznej koperty. Czy większa część płatności powinna trafiać automatycznie do kwalifikującego się hektara, czy do rolnika, który rzeczywiście prowadzi produkcję i wykonuje dodatkowe, kontrolowane praktyki?
PWD pełni ważną funkcję dochodową. Nie można jej po prostu uznać za pieniądze zbędne. Jednocześnie jest to płatność słabiej powiązana z rzeczywistym zaangażowaniem produkcyjnym niż ekoschematy wymagające wykonania określonych działań, prowadzenia dokumentacji i poddania się kontroli.
Większy udział ekoschematów w budżecie mógłby więc oznaczać przesunięcie części wsparcia do gospodarstw rzeczywiście prowadzących produkcję. Nie tylko dużych, lecz także małych i średnich, o ile faktycznie uprawiają ziemię, utrzymują zwierzęta i realizują dodatkowe praktyki.
Jacek Zarzecki ujął ten kierunek jednoznacznie w rozmowie z „Polityka Rolna”:
„Poprzez ekoschematy możemy wspierać rolników, którzy rzeczywiście zajmują się uprawą ziemi i produkcją rolną, bez znaczenia, czy są jednozawodowcami, czy dwuzawodowcami: ważne, że prowadzą działalność rolniczą, zamiast otrzymywać pieniądze wyłącznie dlatego, że są właścicielami ziemi. Położenie większego nacisku na ekoschematy jest więc racjonalne, a zarazem nie ma od tego odwrotu. Uważam, że nawet ostatni rok obecnej WPR, czyli 2027, można wykorzystać do przeprowadzenia takiego eksperymentu: zwiększyć środki na ekoschematy kosztem płatności podstawowej”.
Nam, jako Stowarzyszeniu reprezentującemu właśnie rolników produkcyjnych — tych, którzy sprzedają na rynek i dla których przychody z tej sprzedaży stanowią istotną część ogółu dochodów — nie sposób nie zgodzić się z tym podejściem. Nie można udawać, że da się utrzymać wszystkie ekoschematy, ich zakres, stawki i rosnącą liczbę beneficjentów bez wskazania, kto ma za to zapłacić.
Podchodząc jednak do życia prosto i pragmatycznie, tak jak rolnik ma to w zwyczaju, mamy duże obawy, że realizacja postulatu Jacka Zarzeckiego ma niewielkie szanse realizacji. Trzymamy kciuki za takie rozwiązanie i za to że organizacje rolnicze wyciągną logiczne wnioski z własnych postulatów. Jednak sami przedstawiliśmy już inną wizję obrony tego, co w ramach proponowanych ograniczeń ekoschematów stanowi wartość największą — ekoschematu Integrowanej Produkcji dla upraw rolniczych przeznaczonych do przetworzenia w ramach rozwiniętego o przetwórstwo systemu jakości żywności Integrowanej Produkcji Roślin.
Rozwinięcie tego stanowiska zaprezentujemy już niebawem.
