Embargo: w interesie polskiego rolnika

Polskie embargo w praktyce nie uniemożliwia napływu ukraińskich produktów do Polski – to główne nieporozumienie w dyskusji na ten temat. Produkty rolne pochodzące z Ukrainy, odprawione w innym państwie członkowskim, mogą swobodnie poruszać się po rynku wewnątrzunijnym, w tym trafiać do Polski. Zweryfikowanie pochodzenia konkretnej partii towaru masowego, po kolejnych przeładunkach, transakcjach i wymieszaniu z innymi partiami, jest w praktyce bardzo trudne. Praktyczne znaczenie embarga jest inne: zamyka ono najkrótszy, najtańszy i najłatwiejszy kanał prowadzący bezpośrednio z Ukrainy do zakładów przetwórczych zlokalizowanych w Polsce. Właśnie na tym polega jego rzeczywista funkcja ochronna.

Bez embarga model byłby oczywisty: ukraiński surowiec przekracza polską granicę, trafia do najbliższej dużej tłoczni, młyna albo wytwórni pasz, a następnie jest sprzedawany w Polsce lub w dalszej części Unii już jako produkt o wyższej wartości. Embargo wymusza drogę okrężną, dodatkowy transport, organizację handlu, finansowanie oraz marżę pośrednika. Nie uniemożliwia dostawy, ale zmniejsza jej opłacalność.

Takie embargo jest nam potrzebne, ponieważ Polska jest największym i najbliższym Ukrainie dużym rynkiem rolnym Unii. Ma rozwinięty przemysł olejarski, młynarski i paszowy, rozbudowane magazyny, porty oraz połączenia z Europą Zachodnią. W łańcuchu dostaw racjonalne jest, aby ciężki surowiec jak najszybciej przetworzyć w produkt o wyższej wartości dodanej. Najpierw rzepak, potem olej i śruta. Najpierw zboże, potem mąka, pasza albo gotowy komponent. Polska byłaby naturalnym miejscem pierwszego przerobu, a produkty ukraińskie wypierałyby produkty polskich rolników i destabilizowały ich ceny. Właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w sezonie 2022/2023.

UKRAIŃSKIE CZARNE ZŁOTO

Najlepiej zobrazować ten problem na przykładzie rzepaku. Nasiona rzepaku nie są objęte unijnym kontyngentem ilościowym, a więc nie ma określonego górnego pułapu ich bezcłowego przywozu do UE. W sezonie handlowym 2024/2025 Ukraina dostarczyła do UE około 2,7 mln ton rzepaku. Polska zebrała w roku 2024 około 3,3 mln ton, a krajowe tłocznie dysponują potencjałem przekraczającym 4 mln ton rocznie. Stopień jego wykorzystania wynosi mniej więcej 85–90%. Wolumen ukraińskiego eksportu do Unii jest więc porównywalny ze skalą zapotrzebowania znacznej części polskiego przemysłu olejarskiego.

Obecna nadwyżka mocy przerobowych nad krajową produkcją może działać na korzyść rolników. Zakłady muszą zabiegać o polski surowiec. Jego niedobór w stosunku do ich potencjału wzmacnia pozycję sprzedającego. Embargo wymusza z kolei mniej bezpośrednią i droższą drogę dostarczenia ukraińskiego surowca do Polski. Powstające w ten sposób koszty zmniejszają jego przewagę cenową, co zwiększa popyt na surowiec oferowany przez polskich rolników.

Ukraina również nie pozostaje bierna i wcale nie zamierza być jedynie eksporterem surowca. Od lat świadomie prowadzi politykę zatrzymywania wartości dodanej. Najpierw zrobiła to w sektorze słonecznika: ograniczyła eksport nasion, rozwinęła krajowe tłocznie i zbudowała pozycję światowego eksportera oleju słonecznikowego. Obecnie rozszerza podobny model na rzepak i soję. We wrześniu 2025 roku Ukraina wprowadziła 10-procentowe cło eksportowe na nasiona, aby zwiększyć ich podaż dla własnych zakładów. Co znamienne i zrozumiałe, cło nie dotyczy rodzimych producentów eksportujących własny surowiec.

Ukraiński interes jest jasny: mniej eksportu surowca, więcej eksportu oleju i śruty oraz więcej wartości pozostającej w kraju. Polski przemysł chce dokładnie tego samego dla siebie: sprowadzać nasiona i przetwarzać je w zakładach położonych w Polsce. Spór nie dotyczy zatem samej solidarności ani swobody handlu. Dotyczy tego, gdzie powstanie marża przetwórcza i kto poniesie koszty konkurencji.

DWA RÓŻNE INTERESY

Można byłoby stwierdzić, że Polska ma szansę stać się hubem przetwórczym surowców z Ukrainy i bezmyślnie z niej nie korzysta. Mogłaby nim być. Pytanie tylko: kto by na tym stracił, a kto zyskał?

Szacunkowo 60–70% mocy przerobu rzepaku w Polsce znajduje się w aktywach należących do międzynarodowych grup, przede wszystkim Bunge, ADM i Louis Dreyfus Company. Są to podmioty globalnie obecne równocześnie w skupie, handlu, magazynowaniu, transporcie, przetwórstwie oraz sprzedaży oleju i śruty, w tym na wielu z tych płaszczyzn zarówno w Polsce, jak i w Ukrainie. Otwarcie bezpośredniej drogi importu rzepaku, który nie jest objęty kontyngentem, dawałoby im możliwość przejęcia marży na całym łańcuchu: od zakupu ukraińskiego surowca, przez logistykę i tłoczenie, aż po sprzedaż produktu końcowego.

Samo położenie zakładu w Polsce nie oznacza jeszcze, że jego interes jest tożsamy z interesem polskiego rolnika. W kraju pozostałyby miejsca pracy, część podatków, usługi transportowe oraz wykorzystanie infrastruktury. Główna korzyść właścicielska przypadłaby jednak koncernowi. Polski rolnik musiałby natomiast konkurować o dostęp do zakładu z tańszym surowcem sprowadzanym z Ukrainy.

Nie trzeba przy tym całkowicie wyprzeć polskiego rzepaku, aby osłabić pozycję jego producentów. Wystarczy, że przetwórca uzyska wiarygodną alternatywę. Jeżeli cena krajowego surowca wzrośnie, może sprowadzić ukraiński. Jeżeli rolnicy wstrzymują sprzedaż, może ograniczyć zakupy i poczekać. Jeżeli zbiory są mniejsze, nie musi konkurować z innymi tłoczniami o każdą tonę. Dostęp do importu zmienia sam mechanizm ustalania ceny.

NIE TYLKO RZEPAK

Podobny mechanizm dotyczy zbóż. Różnica polega na tym, że pszenica, kukurydza i część innych produktów są objęte unijnymi kontyngentami taryfowymi. Zniesienie polskiego embarga nie zwiększy samo przez się bezcłowej puli dostępnej dla całej Unii. Może jednak spowodować jej koncentrację właśnie w Polsce. Kontyngent jest unijny, a nie krajowy. Nie ma żadnej gwarancji, że zostanie rozłożony proporcjonalnie pomiędzy poszczególne państwa.

Dla całej Unii napływ ponad miliona ton pszenicy może być ilością umiarkowaną. Dla polskiego rynku, szczególnie w okresie żniw, wysokich zapasów i słabego eksportu, nawet kilkaset tysięcy ton może mieć istotne znaczenie. Import nie musi dominować ilościowo. Wystarczy, że zmniejszy pilność zakupów krajowego ziarna i stanie się ceną odniesienia dla młynów, paszarni oraz firm handlowych.

EMBARGO? TAK! TRANZYT? OCZYWIŚCIE!

Utrzymanie embarga nie oznacza blokowania Ukrainy. Obowiązujące rozwiązania pozwalają na tranzyt produktów do polskich portów i ich dalszy wywóz poza Unię. Polska może pomagać Ukrainie docierać do odbiorców w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. Może rozwijać kolej, terminale, magazyny i przeładunki portowe. Nie musi jednak zgadzać się na to, aby ukraiński surowiec traktował Polskę jako kraj pierwszego wyboru i wypierał krajową produkcję.

W obliczu zagrożenia żeglugi na Morzu Czarnym znaczenie tras lądowych i polskich portów może wzrosnąć. Tym bardziej potrzebne będą szczelne procedury tranzytowe, cyfrowe śledzenie ładunków, kontrola odbiorcy końcowego oraz pewność, że towar deklarowany jako tranzytowy rzeczywiście opuści rynek UE. Pomoc logistyczna dla Ukrainy nie musi oznaczać otwarcia polskiego rynku.

Sprawnie zorganizowany tranzyt dużych ilości ukraińskich produktów przez polskie porty może przynieść Polsce więcej korzyści niż kosztów, pod warunkiem że nie będzie wypierał polskiego eksportu z kolei, terminali i portów. Po pierwsze, uzyskujemy pewność, że towary te nie wrócą do Polski w ramach obrotu wewnątrzunijnego. Po drugie, nie wyrządzamy szkody polskiemu rolnictwu, a być może nawet zwiększamy jego potencjał eksportowy. Po trzecie, również na obsłudze takiego tranzytu możemy zarabiać.

Istotą embarga nie jest zatrzymanie każdej tony ukraińskiego produktu. Jest nią odebranie Polsce roli najtańszego miejsca pierwszego przerobu ukraińskiej produkcji rolnej. To wystarczy, aby ograniczyć presję na ceny, utrzymać zależność zakładów od krajowych dostaw i chronić pozycję polskiego producenta.

Utrzymanie embarga nie stanowi także przeszkody dla intensywniejszego tranzytu ukraińskich produktów przez polskie porty. Polska może pomagać Ukrainie w eksporcie, rozwijać tranzyt i udostępniać infrastrukturę przeładunkową, nie oddając jednocześnie własnego rynku jako najtańszego zaplecza surowcowego dla globalnego przemysłu.

P.S.

Oczywiście kwestią pierwszorzędną jest w tym wszystkim fakt, że ukraińskie produkty rolne, tak jak i wszystkie inne, które zostały wyprodukowane poza UE, powstały bez uwzględnienia europejskich norm produkcji i ochrony żywności i jako takie nie powinny zostać w ogóle dopuszczone do obrotu na obszarze UE. To już jednak zupełnie inna historia, którą też niebawem szerzej się zjamiemy.