Kto zyskuje na polityce klimatycznej UE?

W czyim interesie działa polityka klimatyczna UE, skoro europejscy producenci borykają się z coraz większą presją kosztową z niej wynikającą? Należy ona do najbardziej rygorystycznych i kosztotwórczych systemów polityki klimatycznej na świecie. Jej głównym narzędziem jest system EU ETS. Bezpośrednio dotyka on gałęzi przemysłu energochłonnego, takich jak energetyka, w tym elektrownie i elektrociepłownie, przemysł ciężki, w tym stal, cement, chemia, nawozy, rafinerie, papier i szkło, a także ciepłownictwo. To te przedsiębiorstwa muszą kupować i umarzać obowiązujące w ramach systemu uprawnienia do emisji CO₂. Dodatkowe koszty przerzucają oczywiście na odbiorców. W ten sposób system pośrednio dotyka wszystkich europejskich producentów, podnosząc koszty ich produkcji poprzez droższy prąd, ciepło czy materiały i komponenty, w których produkcji w dużej mierze uczestniczy przemysł ciężki. Do tego na końcu dochodzi jeszcze raportowanie w ramach łańcuchów dostaw oraz wymuszane przez system koszty inwestycyjne, które mają ograniczać te koszty pośrednie.

Pomijając już same koszty pracy, które zawsze można w pewnym stopniu niwelować technologią, wydajnością i organizacją, producent europejski ponosi nieporównywalnie większe nakłady finansowe na wytworzenie finalnego towaru niż producent spoza UE. Tymczasem Unia Europejska jest członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz ma zawarte liczne umowy handlowe z państwami i obszarami trzecimi. W związku z tym na wewnętrzny rynek UE mogą napływać konkurencyjne towary powstałe poza Unią, które na etapie produkcji nie ponoszą porównywalnych kosztów klimatycznych i regulacyjnych. Pozwala to oferować je europejskiemu konsumentowi po niższych cenach, i to z dużym zapasem na potencjalną wojnę cenową. Co więcej, na rynku globalnym sytuacja wygląda dokładnie tak samo: cena możliwa do zaoferowania przez producenta europejskiego będzie zazwyczaj wyższa od ceny, jaką może zaproponować producent spoza UE. Takiej konkurencji w dłuższym okresie europejscy producenci nie mają szans nie tylko wygrać, ale nawet przetrwać.

Ratunkiem był dla nich jeszcze import tańszych materiałów i komponentów spoza obszaru UE, oczywiście ze stratą dla europejskich firm z gałęzi przemysłu energochłonnego. Piszemy „był”, ponieważ w tym momencie dochodzimy właśnie do systemu CBAM.

CBAM, CZYLI CŁO WĘGLOWE

System CBAM, inaczej „cło węglowe”, wszedł od początku tego roku w fazę docelową, w której pojawia się obowiązek rozliczania certyfikatów CBAM. Komisja Europejska opisuje go jako narzędzie do „uczciwego” wyceniania emisji wbudowanych w towary importowane do UE, tak aby ich koszt był porównywalny z kosztami towarów wyprodukowanych w systemie EU ETS. Stanowi on odpowiedź Komisji na ryzyko tzw. carbon leakage, czyli sytuacji, w której polityka klimatyczna UE może obniżać emisje formalnie w Europie, ale jednocześnie wypychać produkcję, miejsca pracy i emisje poza UE, jeżeli importowane produkty nie są objęte równoważnymi kosztami klimatycznymi. Problem jednak w tym, że działanie ochronne systemu CBAM dotyczy przede wszystkim europejskiego przemysłu energochłonnego. Od początku tego roku na importerów sprowadzających do UE żelazo, stal, aluminium, w tym niektóre półprodukty, cement, nawozy, energię elektryczną i wodór nakładany jest wymóg nabycia certyfikatów CBAM, których cena jest powiązana z ceną uprawnień do emisji w ramach EU ETS.

System CBAM wyrówna na obszarze UE koszt wytworzenia niektórych produktów przemysłu energochłonnego i jako taki będzie dla tej gałęzi przemysłu ratunkiem. Jednocześnie może okazać się gwoździem do trumny dla pozostałych europejskich producentów, dla których koszt tych materiałów i komponentów stanowił istotny element kosztów produkcji i którzy ratowali się dotąd nabywaniem tańszych towarów sprowadzanych spoza UE. System CBAM w obecnym kształcie, poza wybranymi wyjątkami, nie obejmuje bowiem szeroko przetworzonych produktów finalnych, lecz przede wszystkim surowce i wybrane półprodukty wykorzystywane do produkcji. Ścieżka optymalizacji kosztów poprzez zakup tańszych surowców importowanych spoza UE zostanie zatem dla dużej części europejskich producentów zamknięta. Firma wytwarzająca rowery po wejściu systemu zapłaci jeszcze więcej za surowce do ich produkcji, natomiast gotowy rower powstały poza obszarem UE będzie mógł wjechać na nasz rynek bez żadnego dodatkowego „cła węglowego”.

Komisja Europejska co prawda przedstawiła formalną propozycję legislacyjną objęcia systemem CBAM również wybranych produktów dalszego przetworzenia, ale po pierwsze, tylko w ograniczonym zakresie, po drugie, w dalszej perspektywie czasowej (zgodnie z propozycją – od 1 stycznia 2028 roku), po trzecie, na razie jest to tylko propozycja, a po czwarte, może to jeszcze bardziej pogorszyć i tak już słabą pozycję europejskich eksporterów, w tym również możliwości eksportowe przemysłu ciężkiego. CBAM chroni bowiem rynek wewnętrzny UE, ale nie kompensuje kosztów ponoszonych przez producentów unijnych na rynkach eksportowych.

KTO ZYSKUJE NA POLITYCE KLIMATYCZNEJ?

Jasne jest zatem, że wyśrubowana polityka klimatyczna UE uderza w rodzimych mikro, małych, średnich i dużych producentów. Kto więc na niej korzysta? Jakie interesy za nią stoją?

Możemy tłumaczyć sobie górnolotnie, że ma ona na celu uniezależnienie europejskiej gospodarki od paliw kopalnych, że myśli o następnych pokoleniach, które nie chcą być ostatnimi, i że tworzy środowisko przyjazne obywatelom. Te cele są bardzo ważne i prędzej czy później konieczne do osiągnięcia. Jednak droga do nich, oparta wyłącznie na ślepej ideologii i nieuwzględniająca gospodarczej pragmatyki, rodzi poważne ryzyko, że zanim te cele zostaną zrealizowane, po europejskiej gospodarce nie będzie już czego zbierać. Bez mocnej gospodarki świetlana przyszłość europejskiego społeczeństwa również legnie w gruzach. Co z tego, że już zielonych?

Skąd więc ta presja? Skąd to ślepe parcie do neutralności klimatycznej już teraz? Skąd rzucanie nierealistycznych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych na najbliższe lata?

Górnolotne cele rzucane w sferę publiczną brzmią świetnie, jednak brukselscy decydenci z pewnością doskonale już wiedzą, że całkowicie rozjeżdżają się one z praktyką. Czyjeś cele są jednak najwyraźniej realizowane, skoro cały ten pudrowany ideowo mechanizm zarzynania europejskiej gospodarki nadal jest pchany do przodu. Wiele wskazuje, że jednymi z głównych beneficjentów tego układu mogą być globalne koncerny europejskie, które dzięki kapitałowi, markom, kanałom dystrybucji no i produkcji również poza UE są w stanie lepiej wykorzystać asymetrię regulacyjną niż lokalni producenci. Drugą grupę stanowią producenci spoza UE – od mikroprzedsiębiorstw po światowych graczy.

BENEFICJENCI SYSTEMU – EUROPEJSKIE KONCERNY

Największe europejskie koncerny nie wytwarzają wyłącznie w Europie. Znaczną część swojej produkcji już dawno przeniosły do globalnych hubów produkcyjnych, takich jak choćby Chiny czy Indie, gdzie korzystają z niskich kosztów pracy, łatwego dostępu do wykwalifikowanych pracowników, niższych kosztów produkcji oraz tanich materiałów i komponentów. Firmy te mogą bez dodatkowych kosztów wprowadzać na rynek UE swoje tanio wytworzone produkty finalne.

Lokalni europejscy producenci nie mają możliwości finansowych, logistycznych ani formalnych, aby przenieść swoją działalność. Muszą konkurować produktem drożej wytworzonym w Europie. Z kolei producenci spoza UE muszą dopiero zbudować marki i wypracować kanały dystrybucji. Globalne europejskie koncerny również mają nad nimi przewagę, przynajmniej jeszcze przez pewien czas. Efektem systemowym może być zatem stopniowe wypieranie lokalnych producentów przez podmioty dysponujące globalną produkcją i kapitałem, w tym zwłaszcza przez koncerny europejskie.

Oczywiście globalni europejscy producenci aktywnie pokazują na naszym rynku, jak ważne i historyczne dla Europy jest wdrażanie pakietu klimatycznego. Uczestniczą w przekształcaniu swoich europejskich filii w zakłady prowadzące produkcję zrównoważoną klimatycznie. Wdrażają programy odpowiadające na środowiskowe postulaty, wymuszając na swoich europejskich dostawcach wprowadzanie rozwiązań obniżających emisję i podrażających koszty produkcji. To głównie dzięki działaniom realizowanym przez tych dostawców wykazują obniżenie śladu węglowego własnej produkcji. Aktywnie demonstrują swoje pozytywne nastawienie do polityki klimatycznej, wspierając organizacje ekologiczne, które mają podbijać klimatyczną piłeczkę. Organizacje te rosną jak grzyby po deszczu. Mają pieniądze na wyspecjalizowanych prawników, ekspertów oraz szerokie grona działaczy i aktywistów, którzy nie robią nic innego, tylko walczą o klimat i środowisko. W debacie publicznej znacznie silniej eksponowane są jednak obowiązki europejskich producentów niż pełny ślad węglowy globalnych łańcuchów dostaw i warunki produkcji poza UE.

Wszystkimi tymi działaniami oraz szerokim gronem lobbystów o wysokich kompetencjach globalne europejskie koncerny stymulują brukselskich decydentów i utwierdzają ich w przekonaniu, że wyznaczony kierunek jest właściwy. No bo przecież, jeżeli najwięksi europejscy gracze tak entuzjastycznie go oceniają i tak aktywnie się w niego angażują, to co może być nie tak?

ROLNICTWO NA PIERWSZEJ LINII FRONTU

To niestety nie teoria spiskowa. To logika faktów. A na pierwszej linii frontu tej europejskiej walki klimatycznej znajduje się rolnictwo. Rolnictwo nie jest objęte EU ETS tak jak huty czy elektrownie, ale ponosi koszty tej polityki pośrednio – w cenach energii, paliw, nawozów, transportu, maszyn oraz w wymaganiach nakładanych przez przetwórców i sieci handlowe. Tu wszystko realnie dzieje się już teraz. W procesach zachodzących obecnie w europejskim rolnictwie możemy zobaczyć – jak w powiększającym szkle – jak już wygląda albo za chwilę będzie wyglądać sytuacja europejskich producentów w starciu z polityką klimatyczną, globalnymi koncernami i napływem produktów spoza UE. O tym napiszemy już niebawem w kolejnym artykule.

Do rozwinięcia systemu EU ETS na finalnych odbiorców, czyli systemu ETS2, również wrócimy, ale trochę później.