Ukraina może wejść do Unii Europejskiej, ale bez swojego rolnictwa. Taką tezę postawiliśmy w naszym poprzednim tekście. Przemawia za nią skala ukraińskiej produkcji, jej eksportowy charakter oraz ryzyko przeniesienia nadwyżek na rynek państw członkowskich.
Długi okres przejściowy nie byłby więc odrzuceniem Ukrainy, lecz próbą pogodzenia integracji zarówno z utrzymaniem stabilności europejskiego rolnictwa, jak i też możliwości eksportowych samej Ukrainy. Te możliwości dają ponadto Ukrainie zdolności do stabilizacji rynków, ale też i społeczeństw krajów rozwijających się zwłaszcza w Afryce i Azji. Poprzez to Ukraina może mieć pośredni wpływ na ich ukierunkowanie geopolityczne i neutralizację wpływów Rosji, co w obecnych czasach jest równie ważne.
Pozostaje jednak pytanie ważniejsze: skoro skutki pełnego otwarcia UE na Ukrainę są możliwe do przewidzenia i mogą okazać się społecznie bardzo dotkliwe, to kto będzie naciskał, aby mimo wszystko przeprowadzić je właśnie szybko i w sposób pełny?
Odpowiedź prowadzi poza prosty spór między polskim a ukraińskim rolnikiem.
GRANICA MIĘDZY DWOMA CZĘŚCIAMI TEGO SAMEGO BIZNESU
Ukraińskie rolnictwo jest wyjątkowo silnie uzależnione od eksportu. W sezonie 2024/2025 Ukraina zebrała około 53–54 mln ton zbóż, z czego wyeksportowała około 39 mln ton. Oznacza to sprzedaż za granicę ponad 70 proc. produkcji. Unia przy zbiorach wynoszących około 255–256 mln ton wyeksportowała około 37 mln ton, a jednocześnie sprowadziła około 31 mln ton.
Te proporcje zostały już opisane wcześniej przez nas jako podstawowy problem integracji. W tym miejscu ważniejsze jest jednak coś innego: ten ogromny strumień towaru nie płynie wyłącznie od ukraińskiego rolnika do anonimowego zagranicznego odbiorcy. W dużej części przechodzi przez sieci skupu, magazynowania, transportu, przeładunku i przetwórstwa kontrolowane przez podmioty obecne również na rynku unijnym.
Bunge posiada w Ukrainie tłocznie oleistych, elewatory, rafinerie oraz terminale zbożowe i olejowe, a jednocześnie prowadzi szeroką działalność przetwórczą i handlową w UE. Louis Dreyfus Company łączy ukraiński skup, magazynowanie, transport kolejowy i eksport portowy z zakładami, magazynami oraz siecią handlową wewnątrz Unii. Podobnie działają Cargill i inni globalni traderzy.
Pełne otwarcie nie znosiłoby zatem jedynie bariery między ukraińskim producentem a unijnym konsumentem. W wielu przypadkach usuwałoby barierę wewnątrz już istniejącej sieci kapitałowej. Ta sama grupa mogłaby finansować skup w Ukrainie, przechowywać towar we własnym elewatorze, przewozić go kontrolowanym łańcuchem, przerabiać w Ukrainie albo w jednym z państw UE i sprzedawać tam, gdzie osiągnie najwyższą marżę.
Dla koncernu granica jest tylko kosztem transakcyjnym. Dla gospodarstwa pozostaje jedną z podstawowych barier oddzielających je od producenta działającego w innej strukturze kosztów, skali i finansowania.
AGROHOLDINGI NIE CZEKAJĄ NA AKCESJĘ
Kapitał porusza się również w przeciwnym kierunku. Największe ukraińskie grupy już wchodzą na rynek Unii i nie muszą czekać na formalne członkostwo, aby budować w nim trwałą pozycję.
Najbardziej widocznym przykładem jest MHP — pionowo zintegrowany holding łączący produkcję zbóż i pasz, hodowlę drobiu, ubój, przetwórstwo oraz dystrybucję. Poprzez Perutninę Ptuj rozwinął działalność w Europie Południowo-Wschodniej, a następnie przejął hiszpańską Grupo UVESA. MHP nie musi więc ograniczać się do wysyłania mięsa z Ukrainy. Może posiadać paszarnie, fermy, ubojnie i kanały sprzedaży już wewnątrz UE, a wynik ekonomiczny bilansować na poziomie całej grupy.
Kernel łączy ogromną produkcję roślinną z elewatorami, tłoczniami, terminalami i handlem olejem. Astarta integruje uprawy, cukrownictwo, przerób soi, produkcję mleka i bioenergię. Obie grupy są od lat związane z europejskim finansowaniem i rynkiem kapitałowym. Pełna integracja otworzyłaby im nie tylko szerszy rynek sprzedaży, lecz również drogę do przejmowania zakładów, marek i kanałów dystrybucji w państwach członkowskich.
Inny model pokazuje Goodvalley — grupa o duńskich korzeniach, działająca jednocześnie w Polsce i Ukrainie. Łączy produkcję roślinną, pasze, hodowlę trzody i biogaz, a w Polsce także ubój i przetwórstwo mięsa. Dziś obie części działalności funkcjonują w odmiennych warunkach handlowych i regulacyjnych. Po pełnym otwarciu komplementarne ogniwa mogłyby zostać jeszcze łatwiej połączone w jeden łańcuch obejmujący produkcję surowca, pasz, zwierząt, mięsa i energii.
Nie ma w tym nic nielegalnego ani nieracjonalnego. Tak po prostu działa kapitał. Kapitał nie działa według sentymentu, lecz według rachunku rentowności. Nie można mieć do niego pretensji o tą wewnętrzną, kluczową logikę jego działania, która też sprawia, że osiąga coraz większy postęp i efektywność. Kapitał jednak działa zawsze w jakichś politycznych, społecznych i gospodarczych realiach, które określają jego granice wyznaczając pole dla biznesowej gry. Wszystko jest w porządku, dopóki te granice są wytyczone z uwzględnieniem szerokich aspektów społecznych. Kapitał będzie jednak zawsze dążył do tego, by narzucone mu społecznie granice na swoją korzyść przesuwać. Wykorzysta każdą sposobność, by rozwiązanie najkorzystniejsze dla siebie przedstawić jako równie korzystne dla rolników związanych z konkretnym gospodarstwem.
Rolnik jednak nie przeniesie ziemi z zachodniopomorskiego do Ukrainy, fermy do Hiszpanii ani kredytu inwestycyjnego do innej spółki grupy. Holding może zaakceptować minimalną marżę na zbożu, jeżeli odzyska ją na paszy, oleju, mięsie, transporcie albo sprzedaży detalicznej. Gospodarstwo sprzedające sam surowiec takiej możliwości nie ma.
ZYSK SKONCENTROWANY, KOSZT ROZPROSZONY
To właśnie ta różnica tworzy polityczną asymetrię. Korzyść wynikająca z pełnego otwarcia może być dla kilku dużych grup ogromna, bezpośrednia i łatwa do policzenia. Większy wolumen przewozów, dostęp do tańszego surowca, pełne wykorzystanie terminali i zakładów, możliwość swobodnego przenoszenia produkcji oraz sprzedaż na bogatym rynku UE mają konkretną wartość finansową. Część konsumentów może co prawda początkowo skorzystać na niższych cenach, ale tylko o ile spadek cen surowca zostanie rzeczywiście przeniesiony na ceny detaliczne, a nie zatrzymany w marżach przetwórstwa i handlu. To ostatnie rozwiązanie będzie w tym układzie jednak oczywiście bardziej prawdopodobne.
Koszt będzie wyglądał jednak zupełnie inaczej. Zostanie rozłożony między setki tysięcy gospodarstw, tysiące lokalnych przedsiębiorstw i całe regiony. Łączny koszt społeczny może okazać się znacznie większy niż korzyści osiągane przez wąską grupę właścicieli kapitału. Pojawi się jako suma spadków cen, utraconej płynności, niespłaconych kredytów, zaniechanych inwestycji i stopniowej likwidacji produkcji. Zysk będzie prywatny i natychmiastowy. Koszt — rozproszony, odroczony, a ostatecznie częściowo pokrywany z budżetu przez dopłaty kryzysowe, restrukturyzację zadłużenia i programy osłonowe.
Taki układ szczególnie sprzyja lobbingowi. Wielkie koncerny, agroholdingi, fundusze i operatorzy logistyczni nie są bezosobowymi strukturami. Za ich decyzjami stoją konkretni właściciele, zarządy i stosunkowo niewielkie grupy kapitałowe. Dysponują środkami na analizy, kancelarie, przedstawicielstwa branżowe, konferencje, kampanie eksperckie i stałą obecność przy instytucjach publicznych. Ich interes jest skoncentrowany, dokładnie policzony i profesjonalnie reprezentowany.
Po drugiej stronie znajdują się rozproszeni producenci, którzy zazwyczaj zaczynają reagować dopiero wtedy, gdy spadek cen zagraża płynności gospodarstwa. Kapitał przygotowuje się do zmiany rynku zawsze odpowiednio wcześniej – zanim społeczeństwo zobaczy jej skutki.
SOLIDARNOŚĆ JAKO NARZĘDZIE NACISKU
Presja nie będzie przedstawiana jako walka o tańszy surowiec, większy wolumen i wyższą marżę. Zostanie opisana językiem solidarności, odbudowy Ukrainy, europejskiej jedności i bezpieczeństwa żywnościowego.
Usłyszymy, że nie można tworzyć członkostwa drugiej kategorii. Że wyłączenie rolnictwa byłoby sprzeczne z ideą wspólnego rynku. Że ograniczenia krzywdzą ukraińskich rolników, wzmacniają Rosję i są jedynie przejawem polskiego czy francuskiego protekcjonizmu. Argument gospodarczy zostanie przesunięty na poziom moralny, na którym sprzeciw wobec konkretnego modelu integracji będzie można przedstawić jako sprzeciw wobec Ukrainy bądź idei UE
Najskuteczniejszy lobbing nie polega bowiem na jawnym żądaniu przywileju. Polega na stworzeniu takiej ramy debaty, w której interes niewielkiej grupy właścicieli kapitału zaczyna wyglądać jak interes całej Europy, a koszty ponoszone przez szerokie grupy społeczne zostają nazwane konieczną modernizacją lub nieuniknioną restrukturyzacją.
Nie oznacza to, że wszystkie organizacje społeczne, eksperci czy politycy uczestniczący w takiej narracji będą działać w złej wierze. Wystarczy, że przyjmą założenie przygotowane przez środowiska najbardziej zainteresowane pełnym otwarciem: że solidarność z Ukrainą wymaga jednoczesnego i bezwarunkowego włączenia jej rolnictwa do wspólnego rynku.
W ten sposób propozycja korzystna przede wszystkim dla podmiotów kontrolujących przepływ surowca, logistykę i przetwórstwo może zostać przedstawiona jako moralny obowiązek całych społeczeństw.
POLSKA JUŻ ZNA TEN MECHANIZM
Polskie doświadczenie transformacji i wejścia na jednolity rynek było ogólnie korzystne. Wzrosły inwestycje, eksport, jakość produkcji i wydajność. Nie można jednak pominąć tego, co wydarzyło się w dalszych ogniwach łańcucha żywnościowego.
W wielu sektorach powstał układ, w którym rozproszeni rolnicy sprzedają do nielicznych dużych odbiorców, a następnie mierzą się z jeszcze bardziej skoncentrowanym handlem detalicznym. Część przetwórstwa znalazła się w rękach kapitału zagranicznego, część została opanowana przez duże grupy krajowe. Dla producenta surowca narodowość właściciela nie zawsze ma jednak podstawowe znaczenie. Decydująca jest przewaga podmiotu, który może zmienić dostawcę, kraj zakupu, miejsce produkcji i kierunek sprzedaży.
W czasie dobrej koniunktury system wygląda efektywnie. Jego rzeczywista konstrukcja ujawnia się w kryzysie, tak jak obecnie. Przetwórca, trader lub sieć handlowa może bronić marży, czy wręcz korzystać z nadpodaży produkcji, obniżając cenę skupu, ograniczając zakupy albo sięgając po surowiec z innego kierunku. Rolnik pozostaje z kosztami stałymi, kredytem i produktem, którego często nie może przechowywać bez końca.
Polska pokazuje zatem, że można mieć szybko rosnący eksport żywności, nowoczesne zakłady i silne marki, a jednocześnie pozostawić rolnika w słabej pozycji wobec pozostałych ogniw łańcucha.
Dla Ukrainy powinno to być ostrzeżenie. Pełne otwarcie nie musi oznaczać wzmocnienia przeciętnego ukraińskiego gospodarstwa. Może przyspieszyć koncentrację ziemi, kontraktacji, przetwórstwa i eksportu w rękach największych holdingów oraz zachodnich grup kapitałowych. Polski i ukraiński rolnik nadal będą ze sobą konkurować, ale obaj mogą jednocześnie stracić znaczenie wobec podmiotów stojących ponad nimi.
OD KRYZYSU GOSPODARCZEGO DO POLITYCZNEGO
Zmiana cen i przepływów handlowych może nastąpić w ciągu jednego lub dwóch sezonów. Gospodarstwo potrzebuje natomiast lat, aby zmienić profil działalności, spłacić kredyty, sprzedać specjalistyczne maszyny, wybudować inne obiekty i zdobyć nowych odbiorców.
Pełne otwarcie nie prowadziłoby więc do spokojnej reorganizacji rolnictwa. W wielu regionach oznaczałoby selekcję przez utratę płynności. Gospodarstwa produkowałyby dalej nawet przy minimalnej marży, aby obsługiwać zadłużenie. To podtrzymywałoby podaż i jeszcze bardziej obniżało ceny, aż część producentów zostałaby zmuszona do likwidacji działalności.
Nie będzie to abstrakcyjna „restrukturyzacja sektora”. Za każdym takim przypadkiem będzie stała konkretna osoba i jej rodzina, majątek budowany często przez pokolenia, kredyt oraz miejscowość, w której rolnictwo podtrzymuje handel, transport, usługi i miejsca pracy.
Jeżeli tysiące gospodarstw uznają, że zostały poświęcone w imię projektu, którego korzyści przejęły agroholdingi, traderzy i koncerny przetwórcze, skutkiem nie będzie spokojne dostosowanie. Będą nim protesty, blokady, radykalizacja nastrojów i trwała utrata zaufania do instytucji państwa oraz Unii.
Najsilniej odczują to kraje konkurujące z Ukrainą podobnym koszykiem produktów: Polska, Rumunia, Bułgaria, Węgry, Słowacja i państwa bałtyckie, ale również część regionów Francji czy Niemiec. Jeżeli koszty skoncentrują się geograficznie, a decyzja zostanie podjęta na poziomie całej Unii, powstanie przekonanie, że jedne państwa ponoszą społeczne konsekwencje geopolityki prowadzonej w interesie innych.
Wtedy spór przestanie dotyczyć pszenicy, rzepaku czy drobiu. Zacznie dotyczyć tego, czy Unia chroni swoich obywateli, czy wykorzystuje ich majątek i pracę jako koszt uboczny decyzji podejmowanych ponad ich głowami i dla zasadniczo jednostkowych korzyści.
W ekstremalnym wariancie taki proces może rozsadzić Unię od środka. Nie dlatego, że Europejczycy odrzucą współpracę z Ukrainą. Unia może przetrwać różnice interesów. Znacznie trudniej przetrwa przekonanie milionów obywateli, że solidarność oznacza obowiązek ponoszenia strat przez jednych oraz prawo do maksymalizacji zysków przez drugich.
Dlatego dyskusja nie może kończyć się na pytaniu, czy Ukraina powinna wejść do UE. To zostało już rozstrzygnięte w poprzednim tekście. Pytanie brzmi: Jak to przeprowadzić, w czyim interesie i na czyj koszt zostanie zaprojektowana integracja jej rolnictwa?
