Nie brońmy tłoczni kosztem rolnika

PSPO alarmuje: krajowym tłoczniom może zabraknąć nawet 1,3 mln ton rzepaku! Alarm ten jest… trochę prawdziwy, a trochę nieprawdziwy. Diagnoza Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju jest słuszna. Polska rzeczywiście dysponuje mocami przerobowymi przekraczającymi 4 mln ton rocznie, podczas gdy tegoroczne zbiory mogą wynieść jedynie 2,8–3,2 mln ton. Zakłady zlokalizowane w Polsce już pracują poniżej swoich możliwości, ponoszą wysokie koszty energii, tracą konkurencyjność wobec ukraińskiego przetwórstwa, a jednocześnie nie mogą bezpośrednio sprowadzać ukraińskich nasion rzepaku, choć ukraiński olej może trafiać na rynek polski i unijny.

Polski zakaz importu nasion, przy braku analogicznego ograniczenia wobec oleju, jest niewątpliwie gospodarczo niespójny, a Unia nakłada na własne zakłady dodatkowe koszty polityki klimatycznej, których nie ponoszą przetwórcy ukraińscy. Nie wynika z tego jednak, że rozwiązania proponowane przez PSPO usuną problem rynku rzepaku. Niewątpliwie przyczynią się natomiast do poprawy sytuacji tłoczni kosztem… oczywiście producentów rolnych.

DEFICYT TŁOCZNI NIE JEST DEFICYTEM POLSKI

Liczba 1,3 mln ton powstaje przez odjęcie pesymistycznej prognozy zbiorów od maksymalnych krajowych mocy przerobowych. Nie oznacza fizycznego braku rzepaku w Polsce ani niedoboru zagrażającego bezpieczeństwu żywnościowemu. Oznacza, że zakłady chciałyby przerobić więcej surowca, niż prawdopodobnie dostarczy krajowa produkcja.

To zasadnicza różnica. Moce technologiczne przedsiębiorstw nie tworzą obowiązku zapewnienia im surowca w ilości pozwalającej na pełne wykorzystanie instalacji. Co więcej, niedobór ten może być jednocześnie jedynym czynnikiem wzmacniającym pozycję producenta rolnego. Mniejsza podaż oznacza wyższą presję zakupową, lepsze premie, większą konkurencję o surowiec i mocniejszą pozycję gospodarstw wobec skupu.

PSPO przedstawia niewykorzystanie mocy jako problem całego rynku. Dla tłoczni rzeczywiście jest to problem. Dla rolnika może być warunkiem uzyskania ceny, która pozwoli pokryć rosnące koszty produkcji.

ZNIESIENIE EMBARGA NIE GWARANTUJE RZEPAKU

Głównym postulatem PSPO jest zniesienie polskiego zakazu importu nasion z Ukrainy. Założenie wydaje się proste: skoro w Polsce brakuje surowca, należy dopuścić jego zakup w państwie sąsiednim.

Problem polega na tym, że Ukraina nie zamierza pozostać dostawcą taniego surowca dla europejskiego przemysłu. Realizuje własną strategię rozwoju przetwórstwa, podobną do modelu wcześniej zastosowanego wobec słonecznika. Nakłada 10-procentowe cło na eksport nasion rzepaku, zwiększa ich przerób we własnych zakładach i rozwija sprzedaż oleju oraz śruty.

Zniesienie polskiego embarga usunęłoby więc polską barierę administracyjną, ale nie usunęłoby ukraińskiej polityki ograniczania eksportu surowca. Polskie zakłady mogłyby uzyskać formalne prawo zakupu, lecz nadal musiałyby konkurować z ukraińskimi tłoczniami korzystającymi z ochrony własnego państwa, z odbiorcami z innych krajów UE oraz z kosztami cła i transportu.

Nie ma żadnej gwarancji, że Ukraina sprzeda Polsce wolumen zdolny wypełnić deklarowaną lukę. Tym bardziej nie ma gwarancji, że uczyni to po cenie pozwalającej polskim zakładom skutecznie konkurować z olejem wyprodukowanym bezpośrednio w Ukrainie.

ZA MAŁO, BY URATOWAĆ TŁOCZNIE, ALE WYSTARCZAJĄCO, BY OBNIŻYĆ CENĘ

Nie oznacza to jednak, że otwarcie rynku byłoby obojętne dla polskich producentów. Wręcz przeciwnie. Import nie musi osiągnąć miliona ton, aby zmienić relacje na rynku krajowym. Wystarczy, że ukraińska oferta stanie się realną alternatywą zakupową dla największych tłoczni. Już sama możliwość sprowadzenia surowca może ograniczyć premie, zmniejszyć presję na szybkie kontraktowanie krajowego rzepaku i stać się argumentem w negocjacjach z rolnikami. Niewielki import może mieć małe znaczenie dla pełnego wykorzystania krajowych mocy, a jednocześnie duże znaczenie dla ceny płaconej producentowi.

W tym tkwi podstawowa asymetria postulatu PSPO: import może być zbyt mały, aby rozwiązać problem podaży tłoczni, ale wystarczająco duży, aby osłabić cenę i zainteresowanie krajowym surowcem. Zniesienie embarga może więc poprawić pozycję negocjacyjną zakładów, nie zapewniając im jednocześnie trwałego bezpieczeństwa surowcowego.

REKOMPENSATY DLA JEDNEGO OGNIWA

Drugim najważniejszym postulatem PSPO jest objęcie olejarni rekompensatami dla przemysłu energochłonnego. Argument brzmi przekonująco: polskie zakłady płacą za energię obciążoną kosztami polityki klimatycznej UE, podczas gdy ukraińscy konkurenci nie ponoszą porównywalnych obciążeń, a ich olej może trafiać na rynek unijny bez mechanizmu wyrównującego tę różnicę.

Problem polega na tym, że dokładnie z taką samą nierównością spotyka się polski producent rzepaku. Rolnik płaci więcej za nawozy, paliwo, energię, maszyny i usługi. Podlega ograniczeniom w stosowaniu środków ochrony roślin oraz wymogom środowiskowym, klimatycznym, nawozowym i administracyjnym. Ponosi koszt europejskiego modelu produkcji, a następnie ma konkurować z ukraińskim surowcem lub olejem wytworzonym bez porównywalnych obowiązków.

Jeżeli różnica kosztów regulacyjnych uzasadnia rekompensatę dla tłoczni, to dlaczego nie uzasadnia ochrony albo kompensacji dla gospodarstw rolnych?

PSPO dostrzega dumping regulacyjny wtedy, gdy uderza on w marżę zakładu. Nie wyciąga tego samego wniosku, gdy niższe standardy i koszty produkcji w Ukrainie wywierają presję na cenę polskiego rzepaku. Tłocznia ma otrzymać rekompensatę, a rolnik nadal ma konkurować ceną z ukraińskim produktem, którego wytwórca nie ponosi kosztów pełnego zestawu wymagań jakościowych, środowiskowych i klimatycznych narzuconych producentowi unijnemu.

KTO SKORZYSTA NAJBARDZIEJ?

PSPO reprezentuje podmioty przetwórcze, a nie producentów rolnych. To naturalne i zgodne z rolą tej organizacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy interes tłoczni przedstawiany jest jako wspólny interes całego krajowego łańcucha.

Znaczną część polskich mocy przerobowych kontrolują globalne koncerny Bunge, ADM i Louis Dreyfus Company. Ich łączny udział w krajowych mocach można szacować na około 60 procent, choć przedsiębiorstwa nie publikują kompletnego zestawienia swoich zdolności przerobowych. Są to grupy działające nie tylko w Polsce, lecz również na rynku ukraińskim i w całym regionie Morza Czarnego. Są obecne w handlu, logistyce, skupie i przetwórstwie produktów rolnych.

Dla globalnego koncernu granica między interesem polskiego i ukraińskiego sektora nie ma takiego znaczenia jak dla polskiego rolnika. Grupa może kupować tam, gdzie surowiec jest najtańszy, przetwarzać tam, gdzie marża jest najwyższa, i sprzedawać tam, gdzie rynek oferuje najlepszą cenę. Zniesienie embarga i rekompensaty energetyczne przyniosłyby największe korzyści podmiotom o największych mocach, bez żadnego mechanizmu gwarantującego, że poprawa marży tłoczni przełoży się jakkolwiek na wyższą cenę dla polskiego dostawcy.

Globalny koncern działający jednocześnie w Polsce i Ukrainie mógłby wtedy korzystać z obu modeli polityki:

• w Ukrainie — z działań wspierających lokalne przetwórstwo, w tym z ograniczania eksportu nasion;

• w Polsce — z ewentualnych rekompensat energetycznych;

• na rynku UE — ze swobodnej sprzedaży oleju;

• po zniesieniu embarga — z większej elastyczności przemieszczania surowca.

Oczywiście nie oznacza to automatycznie nadużycia ani skoordynowanego działania przeciwko polskim producentom. Oznacza jednak, że interes globalnej grupy jest szerszy niż interes pojedynczego polskiego zakładu czy polskiego rolnika.

PRAWDZIWA NIEKONSEKWENCJA

Najpoważniejszy problem nie polega wyłącznie na tym, że Polska ograniczyła import nasion, a nie ograniczyła importu oleju. Dotyczy całego modelu europejskiej polityki gospodarczej.

Unia nakłada na własnych producentów i przetwórców koszty realizacji ambitnych celów klimatycznych, środowiskowych i jakościowych. Następnie dopuszcza na swój rynek produkty z państw trzecich, które tych kosztów nie ponoszą. Nie wprowadza równocześnie skutecznego mechanizmu wyrównania różnicy na granicy, więc produkt importowany może konkurować ceną wynikającą nie tylko z naturalnej efektywności, lecz także z niższych wymagań.

W ten sposób europejski model produkcji staje się obowiązkiem dla własnych przedsiębiorców, ale nie warunkiem dostępu do europejskiego rynku. Rolnik płaci za standardy. Tłocznia płaci za standardy. Konsument ma natomiast wybierać między produktem unijnym a importowanym, nie otrzymując jasnej informacji, że niższa cena może wynikać z braku kosztów narzuconych europejskiemu łańcuchowi.

Na takim układzie może jeszcze w jakiejś mierze korzystać przetwórca, zwłaszcza globalny. Rolnik jest jednak stratny na każdym polu.

WSPÓLNY INTERES ISTNIEJE NA GRANICY UE

Rolnicy i przetwórcy mogą znaleźć wspólny postulat, ale nie powinien nim być prosty dostęp tłoczni do tańszego surowca, lecz wyrównanie warunków konkurencji na granicy UE.

Jeżeli europejski producent i przetwórca muszą spełniać określone normy klimatyczne, środowiskowe i jakościowe, produkt z państwa trzeciego powinien spełniać standardy równoważne albo zostać obciążony kosztem wyrównującym przewagę wynikającą z ich niespełniania.

Zasada ta musi obejmować zarówno surowce, jak i produkty przetworzone. Nie można obciążyć importowanego rzepaku, pozostawiając swobodny napływ oleju. Nie można chronić producenta kosztem tłoczni ani tłoczni kosztem producenta. Wyrównanie powinno obejmować cały łańcuch: nasiona, olej, śrutę i produkty dalszego przetworzenia.

Takie rozwiązanie chroniłoby rolnika przed surowcem powstałym bez porównywalnych obciążeń, a zakład przed olejem wyprodukowanym przy niższych kosztach regulacyjnych. Pozwalałoby również przenieść część kosztów europejskiego modelu produkcji na cenę finalnego produktu, zamiast pozostawiać je wyłącznie na barkach producenta i przetwórcy.

POLSKI OLEJ Z POLSKIEGO RZEPAKU

Ochronie równych warunków konkurencji powinien towarzyszyć pozytywny kierunek krajowy. Polski konsument powinien mieć możliwość jednoznacznego rozpoznania oleju wyprodukowanego z polskiego rzepaku, w polskim zakładzie i zgodnie z wysokimi polskimi, a więc europejskimi standardami.

Można w tym celu wykorzystać system Integrowanej Produkcji Roślin jako podstawę czytelnego oznaczenia pochodzenia i jakości surowca. Nie chodzi o kolejne ogólne hasło „produkt polski”, lecz o prostą informację: rzepak został wyprodukowany w Polsce według kontrolowanego systemu jakości, a następnie przetworzony w kraju.

Taki produkt tworzyłby wspólną wartość dla rolnika i tłoczni. Producent otrzymywałby odrębny kanał sprzedaży oraz możliwość uzyskania premii za surowiec. Przetwórca zyskiwałby produkt odróżniający się od anonimowego oleju masowego i importowanego. Konsument mógłby świadomie wspierać polską produkcję, przetwórstwo oraz standardy, których koszt dziś ponosimy, ale których wartości nie potrafimy skutecznie zakomunikować.

NIE LECZMY TŁOCZNI KOSZTEM ROLNIKA

Problemy krajowego przemysłu olejarskiego są realne. Spadający przerób, wysokie koszty energii, konkurencja ukraińskiego oleju i niewykorzystane moce wymagają reakcji. Nie oznacza to jednak, że państwo powinno zapewnić tłoczniom dostęp do tańszego importowanego surowca, zrekompensować ich koszty energii i pozostawić producenta rolnego samemu sobie. Takie rozwiązanie nie buduje odpornego krajowego łańcucha. Przenosi jedynie marżę i ryzyko między jego uczestnikami.

Prawdziwie wspólna polityka musi chronić zarówno produkcję, jak i przetwórstwo. Musi wyrównywać warunki konkurencji na granicy UE, obejmować surowiec oraz produkty przetworzone i pozwalać polskiemu konsumentowi rozpoznać produkt powstały z krajowego surowca według wysokich europejskich standardów.

PSPO ma prawo bronić interesu tłoczni. Rolnicy mają jednak prawo zapytać, dlaczego rozwiązaniem problemów globalnych koncernów ma być obniżenie ich własnej pozycji rynkowej.

Polska nie potrzebuje polityki, która wybierze między rolnikiem a przetwórcą. Potrzebuje polityki, która nie pozwoli, aby obaj przegrali z importem korzystającym z kosztowej przewagi wynikającej z zasad, których Unia wymaga wyłącznie od siebie.

Takiego myślenia oczekujemy zarówno od państwa, jak i od rolniczych organizacji branżowych — niezależnie od tego, po której stronie rolniczego stołu zasiadają. Pójdziemy pod rękę z każdą organizacją, która takim myśleniem się wykaże, a od PSPO oczekujemy przeformułowania swoich postulatów tak, żeby uwzględniały również realny interes polskich producentów.