„Chłopski rozum” jest synonimem tego, co jest proste, logiczne i praktyczne. No i właśnie chyba tego przysłowiowego „chłopskiego rozumu” brakuje liderom organizacji i zrzeszeń rolniczych, które zaangażowały się w aranżację obecnych protestów rolniczych. Może właśnie to jest przyczyną, że szumnie zapowiadana na kilkanaście tysięcy osób manifestacja na rozpoczęcie naszej prezydencji w UE zdecydowanie nie wyszła? Nie była klapą, bo w końcu udało się zająć ludźmi całe duże skrzyżowanie, jednak protestujących było niewątpliwie kilka razy mniej, niż zakładano. Przypadało ledwie może stu, może czterystu zebranych na każdą z organizacji współtworzących ten protest.
Postulaty się nie zmieniły i dalej jako podstawowe są stawiane dwa z nich: STOP importowi produktów rolnych z krajów spoza UE (wcześniej Ukraina, teraz Ukraina i kraje Mercosour) oraz STOP dla tzw. Zielonego Ładu. Problem w tym, że postulaty te na „chłopski rozum” są wobec siebie sprzeczne.
W ramach rolniczych protestów sprzeciwiamy się napływowi żywności z krajów spoza UE, w tym zwłaszcza z Ukrainy i krajów Mercosour. Argumentujemy to tym, że żywność ta nie powstaje zgodnie z wyśrubowanymi, europejskimi regulacjami, które zapewniają ochronę środowiska naturalnego i normują właściwe warunki bytowe dla zwierząt, w tym ograniczają stres zwierząt podczas przewozu i uboju. Wskazujemy zgodnie z faktami, że ta napływowa żywność powstaje przy znacznym wykorzystaniu substancji chemicznych, które są w UE zabronione. Jest tak, bo stwierdzono mniej bądź bardziej bezpośredni ich negatywny wpływ na zdrowie człowieka lub bezpośredni i zdecydowanie negatywny wpływ na środowisko. Z drugiej strony krzyczymy również STOP dla tzw. Zielonego Ładu. Wykrzykujemy to jeszcze głośniej i dobitniej niż postulat pierwszy, wskazując jako pierwszą i największą zbrodnię UE na rolnictwie.
Problem w tym, że te dwa postulaty sobie przeczą. Jeden wyklucza drugi. Osoby, reprezentujące protestujących, wyglądają w trakcie swoich wystąpień, jakby cierpiały na bardzo poważne rozdwojenie jaźni, kiedy płynnie i niezauważalnie przechodzą w tę i z powrotem od jednego do drugiego stanu swojej osobowości. Otóż właśnie idea i zapisy Zielonego Ładu stoją u podstaw owych unijnych prośrodowiskowych i prozdrowotnych regulacji, których niestosowanie powoduje, że żywność spoza UE jest gorsza od europejskiej, stanowiąc nawet pośrednie zagrożenie dla zdrowia konsumenta. Takie postawienie postulatów jest kompletnie nieczytelne zarówno dla myślącego i obserwującego protesty konsumenta, jak i dla myślącego rolnika.
Trzeba zatem wybrać pomiędzy dwoma wykluczającymi się alternatywami. Możemy powiedzieć: „Chcemy kompletnej deregulacji w sferze rolnictwa! Chcemy uprawiać ziemię na tych samych zasadach, jak wszyscy pozostali rolnicy na świecie! Najlepiej przecież wiemy, jak o nią dbać! STOP dla Zielonego Ładu! Zielony Ład do kosza!” Ograniczymy w ten sposób istotnie koszty produkcji i radykalnie zwiększymy wydajność. Może trochę zanieczyścimy środowisko, może będzie trochę mniej zdrowo, może zwierzętom hodowlanym nie będzie aż tak miło. ale w sumie pal to sześć – przecież nie będziemy wcale odbiegać od światowej normy. Wtedy dopiero faktycznie będziemy mogli konkurować na zasadach prawdziwie wolnej i równej konkurencji na rynku europejskim i światowym z producentami z krajów reszty świata. Tylko nim to powiemy, zadajmy sobie pytanie: czy tę konkurencję wygramy? Czy może w przeciągu kilku lat zostaniemy zmieceni z kretesem i zjedzeni przez poza-unijne agroholdingi? One, wykorzystując półdarmową siłę robocza z krajów drugiego i trzeciego świata oraz korporacyjną logistykę, będą w stanie i tak zaoferować dużo lepsze warunki cenowe za żywność takiej samej jakości, jak nasza. Zaczniemy wtedy krzyczeć o zwiększeniu dopłat, ale nasze unijne społeczeństwo nam odpowie: „Po co w ogóle mamy wam dopłacać, skoro nic więcej nie dajecie, niż inni? Upadły małe sklepiki, nie ma już szewców – czas teraz na nierentowne gospodarstwa. Będziecie przecież mieli kapitał na przebranżowienie się. Bezpieczeństwo żywnościowe zapewnią nam działające na wykupionej od was ziemi agroholdingi, które utworzą największe, europejskie (choć pewnie nie tylko) korporacje”.
Każdy myślący i przewidujący rolnik na zwykły „chłopski rolnik” powyższą alternatywę jest w stanie przewidzieć i musi ją odrzucić. Pójście tą drogą to gwóźdź do trumny jego gospodarstwa i europejskiego rolnictwa takiego, jakie do dziś znamy. Jak zatem brzmi druga alternatywa? Prosto, ale wymaga spełnienia dodatkowych warunków. Mówimy:
„Tak, chcemy produkować zdrowo. Chcemy produkować w dbałości o środowisko naturalne. Chcemy, by nasze zwierzęta miały jak najlepsze warunki bytowe i żeby ich potencjalne cierpienie zostało zredukowane do niezbędnego minimum. Tak, chcemy, by europejski konsument dbał o swoje zdrowie, jedząc zdrową, europejską żywność. Chcemy by miał dobre samopoczucie, ciesząc się czystym i naturalnym środowiskiem.”
Jednak by to wszystko mogło się wydarzyć, to muszą zostać spełnione trzy podstawowe warunki:
- Po pierwsze do Unii Europejskiej nie mogą napływać produkty żywnościowe i paszowe, z krajów, w których nie obowiązują normy tożsame z normami obowiązującymi w UE, nawet jeśli producentem tych produktów jest europejska korporacja. Produkty takie nie mogą też stanowić składników żywności i paszy produkowanej w Unii przez zakłady przetwórcze.
- Po drugie potrzebne są dopłaty do produkcji rolnej co najmniej na poziomie obecnie obowiązujących, które pozwolą zmniejszyć do akceptowalnych koszty nabycia przez konsumenta tak prozdrowotnie i prośrodowiskowo wyprodukowanej europejskiej żywności. Koszty dopłat będą w dużej mierze rekompensowane przez mniejsze nakłady na ochronę zdrowia.
- Po trzecie w programie Zielonego Ładu należy pozostawić jedynie elementy, które mają na celu pośrednią i bezpośrednią ochronę zdrowia człowieka oraz bezpośrednią ochronę środowiska naturalnego. Należy wyłączyć z niego, a następnie poddać rewizji całą europejską politykę klimatyczną, która w swoim dążeniu do osiągnięcia wyśrubowanych redukcji emisji dwutlenku węgla i metanu jest oderwana od uwarunkowań gospodarczych czy społecznych. Polityka klimatyczna w obecnej formie stanowi nic więcej, jak aberrację ideologiczną.
Nie wierzmy narodowym krzykaczom górnych, prostych i pustych haseł, dla których cały sens i idea zawiera się w słowie „STOP”. Nie wierzmy też lewicowym czarodziejom od klimatu. Powiedzmy też sobie otwarcie, że na „chłopski rozum” jedni i drudzy pod tymi ideologicznymi przykrywkami mniej lub bardziej świadomie grają na rzecz innych interesów – jedni politycznych, drudzy korporacyjnych.
Tylko opisana wyżej druga alternatywa na zwyczajny „chłopski rozum” uratuje europejskie, w tym polskie, towarowe, gospodarstwa rodzinne oraz pozwoli Unii Europejskiej być faktycznie prozdrowotną i prośrodowiskową. Takie też jest rozumienie tej tematyki przez Stowarzyszenie Rolników Towarowych „WSPÓLNA ROLA”. Stanowisko to, choć niezgodne z rolniczym mainstrimeamem, zdecydowanie łączy, a nie dzieli. Łączy, bo wiąże po części podejście każdej ze spierających się na śmierć i życie stron. Przecież najczęściej jest tak, że w każdym twierdzeniu jest jakiś istotny fakt, który warto wziąć pod uwagę. Zwykle prawidłowo identyfikowane są problemy, gorzej jest jednak z ich rozwiązaniami. Tak też się stało w kwestiach, które dotknęły do żywego w ostatnich latach rolników i legły u podstaw zeszłorocznych i obecnych protestów.
Adam Reimann
