Ukraina musi mieć możliwość wywozu swoich produktów rolnych, żeby własny kryzys gospodarczy nie zmusił jej do szukania porozumienia otwierającego Morze Czarne również dla rosyjskiego zboża. Szybkie otwarcie tego kanału będzie tragedią dla cen światowych. Właśnie dlatego od tygodni wskazujemy, że sprawny, kontrolowany tranzyt leży także w interesie polskiego rolnika. Dziś scenariusz, przed którym ostrzegaliśmy, nabiera konkretnych kształtów.
Rosja potwierdziła otrzymanie tureckiej propozycji dotyczącej bezpieczeństwa żeglugi. Ankara prowadzi kontakty z Moskwą i Kijowem, a według Wołodymyra Zełenskiego w zabiegi o odblokowanie korytarza angażują się również Egipt, Indie i państwa Bliskiego Wschodu. Porozumienia jeszcze nie ma. Jest już jednak konkretna inicjatywa, która może przywrócić możliwość bezpieczniejszego wywozu obu stronom.
Importerzy chcą dostaw. Rosja chce odzyskać możliwość sprzedaży. A Ukraina? Jak długo może utrzymywać presję na rosyjski eksport, jeżeli sama coraz mocniej dusi się własną produkcją?
ZBOŻE JEST. PIENIĘDZY ZACZYNA BRAKOWAĆ
Doniesienia mediów branżowych pokazują narastający problem: w Ukrainie pozostają duże zapasy z poprzedniego sezonu, nadchodzą kolejne zbiory, alternatywne trasy są przeciążone, przewóz trwa dłużej, a ceny lokalne spadają. Towar jest. Brakuje dostatecznie wydajnej drogi do odbiorcy.
Rolnik może mieć pełny magazyn i pusty rachunek. Zboże czekające na transport nie spłaca kredytu, nie kupuje paliwa i nie finansuje kolejnych zasiewów. Im dłużej trwa zator, tym większa presja, żeby sprzedać za tyle, ile ktokolwiek zechce zapłacić — albo doprowadzić do ponownego otwarcia najwydajniejszego szlaku.
Ten mechanizm wskazywaliśmy już w naszych sierpniowych publikacjach. Ograniczenie rosyjskiej podaży może wspierać ceny światowe, ale trwałość tej korzyści zależy również od tego, czy Ukraina zachowa możliwość wywozu własnej produkcji. Jeśli straci ekonomiczny oddech, wzrośnie jej potrzeba porozumienia przywracającego żeglugę. Również rosyjską.
Dlatego niepokoją doniesienia o dodatkowych utrudnieniach przy przeładunkach na LHS, związanych z korzystaniem z magazynów celnych. Zgłoszenia strony ukraińskiej wymagają potwierdzenia i wyjaśnienia przez polskie służby. Ich znaczenie jest jednak oczywiste: magazyn pozwala rozładować jeden transport, zanim przyjedzie następny. Bez takiego bufora łatwo o postoje, zajęte tory i mniejszą przepustowość.
Towar trzeba skutecznie kontrolować. Trzeba też umieć go przewieźć. Sama deklaracja, że tranzyt jest dozwolony, nie sprawi, że ziarno opuści Ukrainę. Liczą się rzeczywiste możliwości przewozu, a każda zbędna przeszkoda dokłada ciężaru do problemu, który już narasta.
ROSYJSKI PROBLEM MOŻE WRÓCIĆ DO NAS
Po rosyjskiej stronie widać skutki ograniczonego wywozu: niskie ceny wewnętrzne, problemy producentów i działania ratunkowe państwa. Opisywana przez Farmera pszenica po około 270 zł za tonę w obwodzie woroneskim jest wymownym obrazem tej sytuacji.
To regionalna cena skupu, nie przyszła oferta eksportowa. Pokazuje jednak, jak mocno zator przyciska sprzedających. Za tanią toną stoją niespłacone zobowiązania, potrzeba gotówki i ziarno, które musi znaleźć nabywcę.
Dopóki rosyjski eksport pozostaje ograniczony, osłabiona jest konkurencja jednego z największych dostawców świata. Europejscy producenci mogą na tym korzystać. Ale nagromadzone zapasy, presja finansowa i szybki powrót tańszego transportu morskiego to przepis na ostrą walkę o odbiorcę.
Właśnie przed takim rozwojem sytuacji ostrzegaliśmy w artykule „Najpierw hossa… ale co potem?”. Ziarno zatrzymane przez kilka miesięcy nie znika. Jeśli odzyska drogę na rynek, sprzedający mogą próbować nadrobić stracony czas i ratować płynność. Im szybciej wróci duża przepustowość, tym silniejsze może być uderzenie podaży.
Giełda nie musi czekać na statki. Wiarygodna perspektywa porozumienia może wystarczyć, żeby kupujący wstrzymywali zakupy w oczekiwaniu na niższe ceny, a sprzedający próbowali zdążyć przed powrotem konkurencji. Najpierw zareagują oczekiwania, potem rzeczywiste dostawy.
Skala korekty będzie zależała od tempa uruchamiania portów, możliwości transportowych i popytu. Nie jest przesądzona. Jednak w negatywnym scenariuszu ceny mogą wrócić do ubiegłorocznych poziomów albo spaść jeszcze niżej. Dla polskich gospodarstw oznaczałoby to kolejne ekonomiczne przygniecenie, zanim zdążyłyby odetchnąć.
TRANZYT TAK. DOPŁACANIE DO KONKURENCJI — NIE
Dlatego podtrzymujemy nasze stanowisko: zabezpieczyć polski eksport, wykorzystać wolne możliwości infrastruktury i pod skutecznym nadzorem wyprowadzać ukraińskie produkty do państw trzecich. Sprawny tranzyt może osłabiać ekonomiczną presję na Ukrainę, by szukała otwarcia Morza Czarnego również dla rosyjskiej podaży.
Poparcie dla tranzytu nie oznacza jednak zgody na publiczne finansowanie konkurencyjności ukraińskiego produktu. W apelu do ukraińskiego ministra rolnictwa sprzeciwiliśmy się postulatowi UCAB dotyczącemu dopłat do kosztów transportu przez terytorium UE. Podtrzymujemy ten sprzeciw.
Dopłata do przewozu konkretnej tony obniża koszt jej dostarczenia do odbiorcy i wzmacnia jej pozycję wobec zboża europejskiego. Polski rolnik miałby więc konkurować z produktem, którego transport dodatkowo współfinansowano z europejskich środków. To dla nas nieakceptowalne. Udostępnienie sprawnej drogi wywozu i dopłacanie do sprzedawanego towaru mają zupełnie inne skutki gospodarcze.
Strona ukraińska powinna wreszcie też rozumieć, że takie propozycje podważają zaufanie potrzebne do współpracy. Każdy podobny postulat jest komunikatem dla europejskiego rolnika. Trudno przekonywać go do wspólnego interesu, jeśli jednocześnie proponuje się finansowanie przewagi jego konkurenta.
Nie zwalnia to jednak z odpowiedzialności tych, którzy hamują rozszerzenie bezpiecznego tranzytu. Jeżeli ich działania pogłębią ukraiński zator i przyczynią się do realizacji opisanego scenariusza, będą ponosili część odpowiedzialności za jego skutki. Nie można występować w obronie polskich gospodarstw, ignorując mechanizm, który może uderzyć w ich dochody.
Jeśli ceny runą, rachunek zapłacą gospodarstwa, w których imieniu dziś protestuje się przeciw rozszerzeniu tranzytu. Nie wystarczy wtedy wzruszyć ramionami i powiedzieć, że „tak zdecydował rynek”.
Ryzyko opisaliśmy zawczasu. Nie można go dziś ignorować, a jutro udawać zaskoczenia.
