TRANZYT NA ZDROWYCH ZASADACH

Mówimy TAK dla tranzytu, ale nie oznacza to, że każdy ukraiński produkt można tranzytować na tych samych zasadach. Decydują o tym skala ukraińskiego eksportu, możliwości jego wchłonięcia przez UE oraz zabezpieczenia rynku. W poprzednim artykule wskazywaliśmy, że szeroki tranzyt ukraińskich produktów może leżeć w interesie polskiego rolnika, ponieważ jeśli w Ukrainie będą rosły zapasy, spadnie lokalna cena i zwiększy się dyskonto wobec MATIF. W pewnym momencie tani ukraiński produkt zacznie rekompensować nawet drogą logistykę i odbierać popyt polskiemu ziarnu. Teraz chcemy skupić się na zagrożeniach związanych z tranzytem poszczególnych produktów rolnych.

KUKURYDZA – NAJWIĘKSZE RYZYKO

Ukraina produkuje około 31 mln ton kukurydzy i eksportuje około 21 mln ton. UE sama potrzebuje dużego importu: produkuje około 58 mln ton, a zużywa ponad 78 mln ton. Ukraińska kukurydza nie jest więc problemem, jeśli zastępuje dostawy z Brazylii, USA czy Argentyny. Do czerwca 2026 r. UE sprowadziła z Ukrainy około 8,2 mln ton przy całym imporcie rzędu 17,8 mln ton. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy wskutek ograniczenia eksportu przez Morze Czarne na rynek UE zaczyna kierować się dodatkowy wolumen, który wcześniej znalazłby odbiorcę gdzie indziej.

Dużymi odbiorcami ukraińskiej kukurydzy w UE są Włochy, Holandia i Hiszpania. Jeśli produkt zamiast statkiem ma do nich jechać lądem przez Europę, jego koszt rośnie z każdym kilometrem. Żeby po dowiezieniu do Włoch czy Hiszpanii nadal konkurował z kukurydzą dostarczaną morzem z obu Ameryk, musi odpowiednio tanio wyjechać z Ukrainy. W Polsce, Niemczech czy Holandii jest więc jeszcze bardziej konkurencyjny, bo nie poniósł całego kosztu dalszego transportu. Polskie embargo ogranicza możliwość pozostawienia kukurydzy na naszym rynku, ale nie chroni przed sytuacją, w której ukraiński produkt odbierze polskiej kukurydzy odbiorcę w Niemczech czy Holandii.

Największa słabość tkwi jednak w systemie celnym. W ramach DCFTA Ukraina ma od 2026 r. 1 mln ton bezcłowego kontyngentu taryfowego (TRQ). Tyle że po wykorzystaniu tego miliona nie pojawia się dziś realna bariera: zwykła kukurydza podlega zmiennemu mechanizmowi celnemu, którego obecnym wynikiem jest również 0 EUR/t. Pierwszy milion ton wchodzi więc bez cła w ramach preferencji dla Ukrainy, ale kolejne miliony także mogą wejść bez cła. Przy eksporcie Ukrainy rzędu 21 mln ton jest to zasadniczy problem strukturalny.

PSZENICA, JĘCZMIEŃ I ŻYTO – RYZYKO NIEWIELKIE

Ukraina produkuje około 22–24 mln ton pszenicy i eksportuje około 14 mln ton. Potencjał jest ogromny, ale UE sama produkuje około 130 mln ton pszenicy miękkiej i pozostaje dużym eksporterem.

Ukraina ma roczny bezcłowy kontyngent 1,3 mln ton. Informacje branżowe wskazują, że tegoroczny limit został już wykorzystany, choć nie mamy równie czytelnego potwierdzenia tego w bieżących publicznych danych Komisji. Najważniejsze jest jednak to, że po wykorzystaniu preferencji dalszy import standardowej pszenicy napotyka cło rzędu 95 EUR/t. Polska dodatkowo utrzymuje embargo.

Przy jęczmieniu zabezpieczenie jest jeszcze mocniejsze. Ukraina produkuje około 5 mln ton i eksportuje około 1,5 mln ton, z czego większość trafia poza UE. Unijna produkcja wynosi około 56 mln ton, ukraiński bezcłowy TRQ to tylko 450 tys. ton, a poza preferencjami stawka sięga około 93 EUR/t.

Żyto właściwie zamyka temat samo: Ukraina produkuje około 200 tys. ton, a eksportuje około 10 tys. ton, przy unijnej produkcji przekraczającej 7 mln ton. Nawet zerowe cło nie tworzy ryzyka, jeśli nie istnieje odpowiednio duży wolumen eksportowy.

RZEPAK – DUŻY HANDEL, ALE JUŻ SKIEROWANY DO UE

Ukraina produkuje około 3,2 mln ton rzepaku i eksportuje około 1,8 mln ton. Tylko od lipca do grudnia 2025 r. UE sprowadziła z Ukrainy około 1,19 mln ton, a więc znaczna większość ukraińskiego eksportu już kieruje się na wspólny rynek.

Głównymi importerami rzepaku w UE są m.in. Niemcy, Francja, Belgia i Holandia.

To zasadniczo odróżnia rzepak od kukurydzy. W UE nie ma wprawdzie ograniczającego kontyngentu, a cło na nasiona wynosi 0%, ale zamknięcie innych szlaków nie tworzy podobnie dużej nowej puli, którą Ukraina mogłaby dopiero przekierować do Unii. Co więcej, Ukraina wprowadziła 10% cło eksportowe na nasiona rzepaku i zwiększa ich krajowy przerób. Problem zaczyna się więc przesuwać z nasion na produkty przetworzone.

SOJA, SŁONECZNIK I ŚRUTY – UE MA DUŻY DEFICYT

Ukraina produkuje około 5 mln ton soi i eksportuje około 2,7 mln ton. Tymczasem UE sama produkuje niespełna 3 mln ton ziarna soi, a importuje około 14 mln ton ziarna i około 19,5 mln ton śruty sojowej. W okresie lipiec–grudzień 2025 r. z Ukrainy trafiło do UE około 723 tys. ton soi i 593 tys. ton śruty sojowej.

Tu dodatkowa ukraińska podaż ma dużą przestrzeń do wypierania importu z Brazylii, Argentyny czy USA, zanim zacznie zwiększać całkowitą podaż na rynku UE. Podobnie jest z nasionami słonecznika: Ukraina produkuje ich około 11–13 mln ton, ale eksportuje w nieprzetworzonej formie jedynie niewielkie ilości, ponieważ większość przerabia u siebie.

OLEJE – PROBLEM PRZESUWA SIĘ Z NASION NA PRZETWÓRSTWO

Polska chroni embargiem nasiona rzepaku i słonecznika, ale nie olej rzepakowy ani słonecznikowy. Tymczasem Ukraina praktycznie całość nasion słonecznika przerabia już u siebie, a także coraz większą część nasion rzepaku. W sezonie 2025/26 produkcja oleju słonecznikowego wyniosła około 4,8 mln ton, z czego prawie całość – około 4,5 mln ton – trafia na eksport. Produkcja oleju rzepakowego wynosi około 0,45–0,5 mln ton, a eksport jest zbliżony do tej wielkości.

Skala dostaw do UE jest już bardzo duża. Od lipca do grudnia 2025 r. Ukraina dostarczyła do UE 278 tys. ton oleju rzepakowego, czyli około 80% całego unijnego importu tego oleju. W przypadku oleju słonecznikowego skala jest jeszcze większa: w tym samym okresie UE sprowadziła z Ukrainy około 0,94 mln ton, co odpowiadało blisko 90% całego unijnego importu oleju słonecznikowego. Ukraina jest więc już zdecydowanie dominującym zewnętrznym dostawcą obu tych olejów na rynek UE.

Oznacza to, że szczególnie w przypadku oleju słonecznikowego istnieje ogromny potencjalny nawis podażowy, który w razie problemów z eksportem morskim może szukać ujścia na rynku UE. Skoro Ukraina już dominuje w unijnym imporcie obu olejów, kolejne setki tysięcy ton mogą zwiększać całkowitą podaż olejów roślinnych w UE, wywierać presję na ceny oleju rzepakowego, obniżać marże tłoczni i pośrednio przenosić presję także na ceny nasion rzepaku płacone europejskim, a szczególnie polskim rolnikom.

Ryzyko to jest tym istotniejsze, że polski przemysł olejarski już sygnalizuje problemy. Według PSPO przerób rzepaku w Polsce spadł w 2025 r. o około 95 tys. ton, produkcja surowego oleju zmniejszyła się o około 80 tys. ton, a branża wskazuje na niedobór surowca i pogarszającą się ekonomikę przetwórstwa. Dodatkowy napływ taniego oleju z Ukrainy może więc uderzać jednocześnie w dwa ogniwa: w tłocznie, konkurując z ich produktem końcowym, oraz w rolników, ograniczając popyt na krajowe nasiona rzepaku.

TRANZYT MOŻE PODNOSIĆ RÓWNIEŻ KOSZT POLSKIEGO TRANSPORTU

Pozostaje jeszcze ryzyko niezależne od tego, gdzie produkt zostanie ostatecznie sprzedany. Duży wzrost tranzytu oznacza większy popyt na samochody, wagony, terminale, magazyny i przeładunki – szczególnie na ścianie wschodniej. To ta sama infrastruktura, z której korzystają polscy rolnicy.

Jeżeli jej brakuje, rosną stawki. Polski rolnik może więc nie stracić ani przez import ukraińskiego ziarna, ani przez spadek MATIF, a mimo to dostać mniej, bo wzrósł koszt dowozu jego produktu do portu, przetwórcy czy zagranicznego odbiorcy. Dlatego szeroki tranzyt powinien korzystać przede wszystkim z realnie wolnych mocy logistycznych. W praktyce może to oznaczać limity tranzytowe dostosowane do przepustowości kolei, dróg, terminali i portów, tak aby wielkość strumienia przekraczającego polską granicę nie wypierała polskiego eksportu i nie windowała kosztów jego obsługi.

TRZY BEZPIECZNIKI ZAMIAST BLOKOWANIA TRANZYTU

Z analizy poszczególnych produktów wyłaniają się dwa szczególnie wrażliwe obszary: kukurydza oraz oleje roślinne. W obu przypadkach problem nie polega na normalnym imporcie z Ukrainy. UE potrzebuje kukurydzy i olejów z zewnątrz. Problem zaczyna się wtedy, gdy nadzwyczajna sytuacja eksportowa kieruje na wspólny rynek dodatkowy wolumen przekraczający jego realną zdolność wchłonięcia.

Pierwszym bezpiecznikiem powinien więc być mechanizm unijny oddzielający normalny handel od nadzwyczajnego napływu. Może to oznaczać zmianę mechanizmu celnego – odpowiednio szerokie bezcłowe kontyngenty odpowiadające rzeczywistym potrzebom UE i normalnemu handlowi z Ukrainą, a ponad nimi realną barierę taryfową lub mechanizm ochronny. Szczegółowa konstrukcja jest wtórna wobec zasady: import potrzebny UE powinien pozostać możliwy, ale dodatkowa nadpodaż nie może mieć nieograniczonego dostępu na tych samych warunkach.

Drugim bezpiecznikiem jest polskie embargo. Przy rosnącym ukraińskim przetwórstwie warto rozważyć jego rozszerzenie także na olej rzepakowy i słonecznikowy, tak aby ochrona krajowego rynku i polskich tłoczni nie kończyła się na samych nasionach.

Trzecim powinno być zarządzanie skalą tranzytu przez Polskę stosownie do naszych realnych możliwości logistycznych. Tranzyt może leżeć w interesie polskiego rolnika i polskiej gospodarki, ale tylko dopóty, dopóki nie wypiera jego własnego eksportu i nie podnosi nadmiernie kosztów transportu.

Nie chodzi więc o zamknięcie granicy dla ukraińskich produktów. Chodzi o to, aby Ukraina mogła uwalniać swoje możliwości magazynowe, towar potrzebny UE mógł przejechać i znaleźć odbiorcę, nadzwyczajna nadpodaż napotykała bezpiecznik, a koszt całej operacji nie był przerzucany na polskiego rolnika.