TRANZYT W INTERESIE POLSKIEGO ROLNIKA

Coraz poważniej zagrożone są podstawowe drogi eksportowe dwóch wielkich dostawców zbóż na rynek światowy. W lipcu Ukraina rozpoczęła nową fazę eskalacji konfliktu uderzeniami w rosyjską żeglugę na Morzu Azowskim, a następnie presja zaczęła obejmować także głębokowodne porty Morza Czarnego. Rosja odpowiedziała nasileniem ataków na Wielką Odessę i ukraińską żeglugę.

ROSJA I UKRAINA MOGĄ BUDOWAĆ MATIF

Rosja i Ukraina odpowiadają za około 27% światowego eksportu pszenicy, około 12% kukurydzy i około 17% jęczmienia.

Rosyjski morski eksport zbóż wynosi obecnie około 50 mln ton rocznie, a historycznie około 90 proc. tego eksportu kierowane jest przez południowe porty Morza Czarnego. Przy obecnej skali handlu oznacza to strumień rzędu około 45 mln ton zbóż. Pszenica stanowi z tego około 34 mln ton.

Początkowo problem Morza Azowskiego Rosja mogła częściowo amortyzować, przekierowując ładunki transportem lądowym do głębokowodnych portów położonych nad Morzem Czarnym – Noworosyjska i Tamani. Dziś rośnie jednak ryzyko także dla tego zaplecza. Ograniczenia pracy głębokowodnych terminali oznaczają, że pod presją znajduje się już nie pojedynczy szlak, lecz cały podstawowy południowy system rosyjskiego eksportu.

Rosja ma oczywiście alternatywne szlaki transportowe – Bałtyk, Morze Kaspijskie i kolej prowadzącą w głąb Azji – ale nie ma drugiego Morza Czarnego. W naszym wywodzie przyjmujemy, poparte analizą, założenie, że przy poważnym i dłuższym ograniczeniu systemu azowsko-czarnomorskiego Rosja może szybko przekierować na pozostałe szlaki transportowe tylko około 10–20 proc. zagrożonego wolumenu, radykalnie zwiększając jednak koszty transportu. Wystarczy spojrzeć na mapę, żeby to zobaczyć.

To może być jeden z najmocniejszych czynników wspierających światowe ceny pszenicy, które przełożą się również na ceny pozostałych zbóż. Rynek już reagował na obecne zakłócenia gwałtownym wzrostem notowań, a analitycy wskazywali, że obecny kryzys może wymagać istotnego obniżenia prognoz eksportu zarówno Rosji, jak i Ukrainy.

Po drugiej stronie tego samego rynku znajduje się Ukraina. Jej aktualny bilans jest jeszcze bardziej wymowny. Przed obecnymi zakłóceniami potencjalny eksport produktów rolnych w sezonie 2026/27 szacowano na około 64,4 mln ton. Przy długotrwałym ograniczeniu portów Wielkiej Odessy obecne szacunki mówią już tylko o około 29,6 mln ton. Różnica wynosi 34,8 mln ton.

Zauważmy rzecz najważniejszą: te 29,6 mln ton to nie dodatkowy wolumen, do którego dopiero należy doliczyć transport lądowy. To szacunek eksportu możliwego z wykorzystaniem dostępnych kanałów poza portami Wielkiej Odessy. Pozostałe 34,8 mln ton tworzy lukę eksportową. Ta luka również buduje MATIF.

Jeżeli kilkadziesiąt milionów ton produktów, które miały trafić do odbiorców zagranicznych, pozostaje poza światowym obrotem, dostępna podaż maleje. Ograniczenie rosyjskiego eksportu i ukraińska luka eksportowa działają więc początkowo dokładnie w tym samym kierunku: ograniczają podaż czarnomorską i wspierają ceny światowe.

TEN SAM BRAK EKSPORTU MOŻE PODNOSIĆ MATIF I OBNIŻAĆ UKRAIŃSKĄ CENĘ

Te 34,8 mln ton jednak nie znika. Produkt pozostaje w Ukrainie, zwiększając zapasy, wykorzystanie magazynów i presję sprzedażową. Dopóki cena ukraińskich produktów zachowuje rozsądną relację do MATIF, ograniczenie eksportu działa na korzyść polskiego producenta: świat otrzymuje mniej towaru, MATIF rośnie, a wysoki koszt wywozu przez korytarze solidarnościowe ogranicza przewagę ukraińskiego produktu.

Problem zaczyna się wtedy, gdy zapasy rosną szybciej niż możliwości ich wywozu, a cena w Ukrainie coraz mocniej odrywa się w dół od MATIF. Koszt logistyki się nie zmienia. Zmienia się cena zakupu. Im większe dyskonto ukraińskiego zboża, tym większa marża tradera po pokryciu tych samych kosztów transportu, przeładunków, terminali i dalszego frachtu.

To właśnie tutaj ukraiński basis, czyli różnica między ceną lokalną a ceną referencyjną, np. MATIF, zaczyna bezpośrednio oddziaływać na polskiego rolnika. Trader, który może zarobić więcej na produkcie ukraińskim, jest mniej zainteresowany zakupem polskiego zboża, a jeśli nadal je kupuje, może oferować cenę coraz bardziej oderwaną od MATIF. W efekcie powstaje pozornie paradoksalna sytuacja: MATIF pozostaje wysoki, ale polska cena nie podąża za nim w takim samym stopniu.

Nie jest do tego potrzebny napływ ukraińskiego zboża na polski rynek. Wystarczy, że ukraiński produkt staje się dla międzynarodowego handlu bardziej atrakcyjny od polskiego. Dlatego sama luka eksportowa Ukrainy nie jest jeszcze największym zagrożeniem. Do pewnego momentu wspiera ona ceny światowe. Problem zaczyna się wtedy, gdy jej skutkiem staje się głębokie oderwanie ukraińskiej ceny od MATIF, a rosnąca marża tradera zaczyna przekładać się na słabszy popyt i niższy basis także w Polsce.

SZEROKIE KORYTARZE SOLIDARNOŚCIOWE W INTERESIE POLSKI I POLSKICH ROLNIKÓW

Polski rolnik ma zatem interes w tym, żeby z Ukrainy rzeczywiście wyjechało co najmniej około 29,6 mln ton, które sama Ukraina ocenia dziś jako możliwe do wyeksportowania przy ograniczonych portach, a jeżeli korytarze solidarnościowe pozwalają na więcej – także w maksymalnym wykorzystaniu tej dodatkowej przepustowości. Nie chodzi o utrzymanie ukraińskiego eksportu na wcześniejszym poziomie. Wojna już wystarczająco ogranicza podaż i wspiera MATIF. Chodzi o to, żeby zator nie pogłębił się do poziomu, przy którym ukraińska cena oderwie się od MATIF tak mocno, że rosnąca marża na tamtejszym produkcie zacznie osłabiać zainteresowanie polskim zbożem.

To jednak nie oznacza bezwarunkowego otwarcia polskiej infrastruktury. Zasada powinna być prosta: najpierw zabezpieczyć możliwość wywozu polskiego produktu, a następnie wykorzystać wolne moce dla tranzytu ukraińskiego. Można pomyśleć tu o limitach tranzytowych, które powinny być elastyczne, zmieniane na podstawie danych z monitoringu i uwzględniać różne obciążenie infrastruktury: inaczej transport do polskich portów, wykorzystujący zarówno kolej, jak i terminale portowe, a inaczej tranzyt do portów bałtyckich, Niemiec czy dalej na Zachód, gdzie głównym ograniczeniem pozostaje przepustowość kolei.

Szeroki tranzyt powinien więc oznaczać maksymalne wykorzystanie realnie wolnych możliwości, a nie wypieranie polskiego produktu z wagonu, terminala czy portu. Jednocześnie część wartości tworzonej przez ten dodatkowy ruch powinna pozostawać w Polsce – w przewozach pierwszej mili, również w Ukrainie, przeładunkach, kolei, spedycji, terminalach i portach. Transport samochodowy powinien przede wszystkim dowozić rozproszony produkt do kolei, a dalszy przewóz masowy przejmować pociąg.

Celem jest więc nie tylko szeroki tranzyt, ale szeroki tranzyt zorganizowany tak, aby ograniczał presję cenową w Ukrainie, nie ograniczał polskiego eksportu i jednocześnie pracował na rzecz polskiej gospodarki.

2022/23 POKAZAŁ MECHANIZM, ALE DZIŚ DZIAŁAJĄ INNE ZABEZPIECZENIA

Sezon 2022/23 pozostaje ważnym punktem odniesienia, bo pokazał, jak silne dyskonto ukraińskiego produktu może odrywać krajowe ceny od MATIF. Nie można jednak przenosić tamtej sytuacji mechanicznie na obecne warunki. Od czerwca 2022 r. UE zastosowała nadzwyczajną, pełną liberalizację handlu z Ukrainą: zawieszono cła, kontyngenty i część instrumentów ochronnych. Każda ilość ukraińskich produktów rolnych mogła zostać zaimportowana na polski rynek, wypierając produkty rodzime. Dziś takiego modelu już nie ma. Szerokie korytarze tranzytowe nie oznaczają dziś powrotu do warunków z 2022 r., bo funkcjonują przy zupełnie innych zabezpieczeniach prawnych.

Pierwszym zabezpieczeniem jest polskie embargo, które obejmuje m.in. pszenicę, kukurydzę, rzepak i nasiona słonecznika, przy jednoczesnym dopuszczeniu ich tranzytu. Kluczowe jest tu to, że objęte nim towary nie mogą zostać w Polsce dopuszczone do swobodnego obrotu na rynku UE, czyli nie mogą wejść do tzw. obrotu unijnego przez terytorium Polski. Oznacza to, że ukraiński produkt może jedynie przejechać przez polską infrastrukturę w drodze do innych kierunków, ale nie może zostać sprzedany ani wprowadzony do krajowego łańcucha handlowego. Dzięki temu szersze korytarze tranzytowe nie przekładają się na dodatkową podaż w Polsce ani na presję konkurencyjną wobec polskich młynów, mieszalni pasz czy zakładów przetwórczych. Interes polskiego rolnika jest więc chroniony już na poziomie wyraźnego odcięcia tranzytu od możliwości wejścia produktu na rynek UE przez Polskę.

Drugim zabezpieczeniem jest obowiązująca umowa UE–Ukraina, która w najbardziej wrażliwych produktach, przede wszystkim pszenicy i kukurydzy, ogranicza możliwość niekontrolowanego zwiększania podaży na całym rynku unijnym i przewiduje mechanizmy ochronne na wypadek zakłóceń. To istotne, bo samo embargo krajowe nie wystarczałoby, gdyby bardzo duże dodatkowe wolumeny mogły bez ograniczeń trafiać do innych państw UE i pośrednio oddziaływać na ceny również w Polsce. Obecne ramy handlowe tworzą więc drugi poziom ochrony: produkt może być wyprowadzany z Ukrainy szerokimi kanałami tranzytowymi, ale nie oznacza to automatycznie pełnego i nieograniczonego dostępu do wspólnego rynku.

Dzięki temu można wyraźnie oddzielić tranzyt od dostępu do rynku. Polska może mieć interes w szerokich kanałach wywozu ukraińskiego produktu, a jednocześnie zachowywać ochronę krajowego i unijnego rynku przed nadmiernym wzrostem podaży. To właśnie odróżnia obecną sytuację od sezonu 2022/23.

WYSOKI MATIF TO DOPIERO POŁOWA SUKCESU

Z polskiej perspektywy układ jest więc dość czytelny. Problemy rosyjskiego eksportu mogą wyłączyć z rynku światowego znaczącą część podaży, której Rosja nie jest w stanie szybko przekierować. Ukraińska luka eksportowa dodatkowo ogranicza dostępność produktów na świecie. Oba mechanizmy wspierają MATIF.

Ale ta sama ukraińska luka może jednocześnie obniżać ceny wewnątrz Ukrainy. Przy niezmienionych kosztach korytarzy solidarnościowych oznacza to wzrost marży tradera na ukraińskim produkcie. Im większa ta marża, tym słabsze zainteresowanie produktem polskim i tym większe ryzyko, że również polska cena oderwie się w dół od MATIF.

Dlatego polski rolnik ma interes w maksymalnym wykorzystaniu przez Ukrainę korytarzy solidarnościowych. Nie bezwarunkowym. Nie kosztem naszego eksportu. Ale do granicy realnie wolnych możliwości infrastruktury. Polska powinna najpierw zabezpieczyć własny produkt, potem możliwie szeroko udostępniać wolne kanały tranzytowe. Utrzymać embargo. Korzystać z zabezpieczeń zawartych w obecnej umowie UE–Ukraina. I zadbać, aby jak największa część wartości tworzonej przez dodatkową logistykę pozostawała w polskich firmach.

Rzeczywisty i praktyczny interes polskiego rolnika oraz polskiej gospodarki nie polega na tym, żeby z Ukrainy wyjechało jak najmniej. Polega na tym, żeby ograniczenie ukraińskiego eksportu nadal podnosiło MATIF, co z konieczności i tak będzie miało miejsce, ale nie doprowadziło do takiego załamania ukraińskiej ceny, które odbierze polskiemu rolnikowi korzyść z tego wzrostu.

Właśnie dlatego szeroki, bezpieczny tranzyt jest jednym z narzędzi ochrony ceny polskiego zboża.