Prawie 1 000 000 polskich gospodarstw rolnych z dopłatą wynoszącą blisko 1 000 zł na 1 ha! I to bez warunkowości, bez wymogów „Zielonego Ładu”! To nie mrzonka, tylko realna wizja dla polskiego rolnictwa w perspektywie na lata 2028-2034!
Wywalczona dzięki rolniczym protestom płatność dla małych gospodarstw spodobała się wszystkim i w nowej perspektywie została twórczo rozwinięta. Już nie maksymalnie 1 125 EUR, lecz 3 000 EUR rocznie na gospodarstwo. Przyjmując obowiązującą obecnie stawkę 225 EUR/ha, mówimy tu o gospodarstwach o powierzchni do 13,33 ha – a takich w Polsce jest właśnie około miliona. Co ważne, te 3 000 EUR obejmują wyłącznie sumę płatności bezpośrednich, płatności związanych z produkcją oraz płatności do obszarów z ograniczeniami naturalnymi. Kwota ta może zostać swobodnie powiększona o dodatkowe formy wsparcia, na przykład płatność RŚK, płatność ekologiczną, płatności z ekoschematów (jeżeli coś takiego jeszcze będzie) i wszelkie inne instrumenty. Skorzystanie z płatności dla małych gospodarstw spowoduje również wyłączenie gospodarstwa z reżimu odpowiadającego obecnym normom SMR oraz GAEC – gospodarstwa te nie będą kontrolowane w tym zakresie, a ewentualne nieprzestrzeganie tych norm co do zasady nie będzie skutkowało żadnymi konsekwencjami w odniesieniu do płatności.
Na tym właśnie polega wymyślony przez Komisję Europejską pakiet ułatwień i uproszczeń dla rolnika, będący odpowiedzią na falę protestów rolniczych: wyłączyć spod kontroli systemu jak najwięcej małych gospodarstw, by całą jego uwagę skupić na gospodarstwach większych.
No i oczywiście nadal trzymamy się jak najdalej od produkcji. Wzrost dochodowości europejskiego rolnictwa będzie wciąż konsekwentnie i intensywnie budowany na trzech podstawowych filarach:
maksymalizacji przychodów gospodarstw z różnego rodzaju dopłat;
radykalnym cięciu kosztów związanych z prowadzoną produkcją (wartość docelowa = 0);
minimalizacji negatywnego wpływu warunków rynkowych na sprzedaż produktów rolnych poprzez radykalne obniżenie ich produkcji (wartość docelowa = 0).
To wszystko brzmi jak jakiś mało śmieszny żart, ale zaręczamy, że nim nie jest. Będzie to nasza polska i unijna rzeczywistość wsparcia rolnictwa już za dwa lata. Problem tylko w tym, że o zaprezentowanym wyżej kierunku można powiedzieć wszystko, ale nie to, że w jakikolwiek sposób wspiera rozwój rolnictwa.
W uzasadnieniu i preambule projektu rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiającego warunki realizacji unijnego wsparcia w ramach wspólnej polityki rolnej na lata 2028-2034 wiele mówi się o konkurencyjności, pozycji rolnika w łańcuchu wartości, innowacjach i odporności. Wśród zaproponowanych działań nie ma jednak żadnego mocnego instrumentu dotyczącego pozycji rynkowej rolników, organizowania się producentów, współpracy gospodarczej, skracania łańcuchów dostaw na dużą skalę, przeciwdziałania przewadze przetwórstwa i handlu czy ochrony przed konkurencją importową.
Projekt nie buduje konkurencyjności europejskich gospodarstw. Próbuje jedynie utrzymać ich dochody i zdolność funkcjonowania w warunkach rosnących ograniczeń środowiskowych, klimatycznych i rynkowych. Przekładając to na prosty, chłopski język: Komisja Europejska najpierw tworzy problem, a potem stara się rolników z tego problemu wyciągać.
W to wszystko próbuje się wkomponować młodych rolników i budować narrację o konieczności zmiany pokoleniowej, kusząc ich oczywiście pieniędzmi. Jednak nie tyle na samą działalność rolniczą, ile na działania okołorolnicze: na zakładanie firm czy na zastępstwo w pracach w gospodarstwie. Pytanie jednak, co dalej. Co się stanie, gdy skończy się te 300 000 EUR, które maksymalnie będą mogli w ramach różnych wsparć ugrać i minie pięcioletni okres związania z celem, a konkurencyjność europejskiego rolnictwa będzie w jeszcze bardziej opłakanym stanie? Ilu z tych młodych rolników dalej zostanie na roli? Ilu z nich będzie chciało produkować, a ilu skupi się na nieprodukowaniu?
Mało kogo odpowiedzi na te pytania jednak interesują. Wszyscy grają tu w tej samej orkiestrze: Komisja Europejska, rząd, opozycja czy organizacje rolnicze. Wszystkich interesuje rolnik masowy, ten najmniejszy, a nie ten, który realnie produkuje na rynek. To o niego toczy się dzisiaj polityczna walka. W Polsce zwłaszcza, bo wszyscy wiedzą, że to właśnie obszary wiejskie zadecydują, kto będzie rządził w kolejnej kadencji. Liczy się tylko głos wyborczy. Słowo „rolnictwo”, odmieniane przez wszystkie przypadki, jest tu jedynie pustym frazesem.
W ten sposób wszyscy w pocie czoła budują system, w którym nie opłaca się produkcja. System, który zabiera i nęka tego, kogo powinien wspierać, a daje zwłaszcza temu, który nic albo prawie nic od siebie nie wnosi. System, w którym opłaca się być jak najmniejszym i jak najmniej robić. System, który nie prowadzi do rozwoju rolnictwa, tylko do jego patologizacji. System, na który w Polsce rokrocznie wydaje się blisko 20 miliardów złotych i który dla rolnictwa nie generuje żadnej przyszłości, a dla konsumentów – żadnej wartości dodanej.
Czy może to wszystko wyglądać inaczej? Może. Wspólna polityka rolna na lata 2028-2034 jest realizowana w ramach programów krajowych. To, przeciwko czemu tak wszyscy protestowali, czyli scedowanie na państwa członkowskie zarówno rozpisania działań, jak i budżetów w odniesieniu do rolnictwa, jest naszą szansą. Jest też naszą odpowiedzialnością, bo to przecież od tego, co sami zapiszemy w naszym polskim Planie Partnerstwa Krajowego i Regionalnego, będzie zależeć przyszłość polskiego rolnictwa. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie najbliższe sześć lat nowej perspektywy w praktyce tę przyszłość określi.
Musimy sobie odpowiedzieć tylko na podstawowe pytania: czy chcemy wspierać produkcję, czy nieprodukcję? Czy mniejsze gospodarstwa ukierunkowujemy w stronę realnego rozwoju, czy będziemy obsadzać je kwieciem słonecznika? Czy dopłaty mają służyć wzrostowi konkurencyjności gospodarstw i poprawiać dostęp konsumentów do polskich produktów żywnościowych wysokiej jakości, czy mają być socjalem? Albo lepiej: kiełbasą wyborczą? Czy chcemy realnie budować własne bezpieczeństwo żywnościowe, czy tak naprawdę wcale nas ono nie interesuje?
Jedno jest pewne: jeżeli WPR po roku 2027 ma mieć na celu wsparcie i rozwój realnego rolnictwa, to musi być nastawiona na wsparcie produkcji – musi myśleć przede wszystkim w kategoriach rolników produkcyjnych. Nie tych największych, tylko tych małych, średnich i większych. To na ich barkach za kilkanaście lat będzie leżała siła polskiego rolnictwa – albo polskiego rolnictwa zwyczajnie już nie będzie.
Jak by nie zaklinać rzeczywistości i czegokolwiek by nie mówić, takie są po prostu fakty.
Dlatego apelujemy do wszystkich osób, organizacji i podmiotów aktywnie uczestniczących w procesie kształtowania polskich zapisów PPKR w aspekcie rolnictwa: myślcie w kategoriach rolnika produkcyjnego, jeżeli naprawdę macie w sercu rolnictwo.
Pewna podpowiedź z naszej strony padnie już niebawem. Nim to jednak nastąpi, będziemy musieli jeszcze powiedzieć o polityce klimatycznej UE: ETS-ach, podatku CBAM i tym podobnych mechanizmach. Trzeba jasno wskazać, w kogo to wszystko uderza i komu służy, a rolnictwo jest w tym kontekście przykładem najlepszym z możliwych.
#PolskieRolnictwo#Rolnicy#ProtestyRolnicze#WPR#DopłatyBezpośrednie#GospodarstwaProdukcyjne#BezpieczeństwoŻywnościowe
