Polskie rolnictwo od lat ma problem z trwałą współpracą. Nie dlatego, że rolnicy nie rozumieją jej zalet, lecz dlatego, że brakuje zaufania. Nie buduje się go jednak papierowymi tworami ani groźbą odpowiedzialności za cudze błędy całym majątkiem i przyszłymi dopłatami.
Interwencja I.13.4 „Rozwój współpracy producentów w ramach systemów jakości żywności” na pierwszy rzut oka wygląda atrakcyjnie. Beneficjent może otrzymać do 680 tys. zł w ciągu czterech lat. Z tego nawet 480 tys. zł w formie ryczałtu – po 120 tys. zł rocznie – na zarządzanie współpracą, wspólną sprzedaż, promocję, kontrole wewnętrzne, identyfikację produktu czy monitoring rynku. Do tego dochodzi do 200 tys. zł refundacji kosztów badań, doradztwa, szkoleń, ochrony znaków towarowych i oprogramowania.
DWIE FORMY TYLKO POZORNIE PODOBNE
Problem zaczyna się przy katalogu beneficjentów. Obok spółdzielni, grup producentów i organizacji posiadających własną podmiotowość wpisano również konsorcjum. Spółdzielnia na ten przykład jest odrębnym podmiotem. Trzeba ją założyć, zarejestrować w sądzie i utrzymywać. Prowadzi księgowość – i to pełną – sporządza sprawozdania, posiada organy, statut, rachunek bankowy i własny majątek. Wiąże się ze stałymi kosztami, ale może jednocześnie budować markę, sprzedaż i trwałą strukturę gospodarczą, która pozostanie po zakończeniu projektu.
Konsorcjum jest umową. Zwykłym papierem, niewymagającym nawet formy aktu notarialnego, który może zostać sporządzony w kuchni przy okazji niedzielnego obiadu. Konsorcjum nie ma żadnych koniecznych, własnych kosztów funkcjonowania. W jego przypadku koszty zasadniczo pojawiają się wtedy, gdy grupa otrzyma dotację i trzeba ją wydać, wykazując przy tej okazji wykonanie zadań przewidzianych w biznesplanie.
JEDEN ZA WSZYSTKICH, WSZYSCY ZA JEDNEGO
Konsorcjum łatwo założyć. Radykalnie gorzej z punktu widzenia jego członków wygląda jednak kwestia odpowiedzialności za zobowiązania. W konsorcjum beneficjentami są wszyscy członkowie działający wspólnie, a zobowiązania wynikające z umowy mają charakter solidarny, choć pieniądze na funkcjonowanie grupy otrzymuje bezpośrednio tylko jej lider.
Jeżeli powstanie obowiązek zwrotu pomocy, ARiMR nie zgłosi się jednak wyłącznie do lidera. Nie musi dzielić należności proporcjonalnie między uczestników ani ograniczać odpowiedzialności do osoby, która faktycznie zawiniła. Może dochodzić całej kwoty od jednego członka, nawet jeżeli ten prawidłowo wykonywał własne obowiązki, nie miał wpływu na działania pozostałych i nie otrzymał większości korzyści.
Rolnik ów może później dochodzić zwrotu od pozostałych członków konsorcjum. Najpierw jednak sam musi zmierzyć się z długiem. Należność wobec ARiMR może być potrącana z innych środków wypłacanych mu przez Agencję. Może więc objąć dopłaty bezpośrednie, płatności ekologiczne, rolno-środowiskowe, ONW czy inne formy wsparcia. Rolnik może prawidłowo prowadzić gospodarstwo i spełniać wszystkie warunki własnych płatności, a mimo to nie otrzymać przysługujących mu dopłat, ponieważ ARiMR przejmie je na poczet spłaty długu konsorcjum powstałego wskutek działania innego członka.
WYSTARCZY JEDEN SŁABY PUNKT
Nie każdy drobny błąd prowadzi oczywiście do zwrotu całej pomocy. Lista zdarzeń mogących zagrozić projektowi jest jednak długa. Jeden członek może utracić certyfikat, zaprzestać wymaganej produkcji lub sprzedaży, przedstawić nierzetelne dokumenty, uniemożliwić kontrolę, nie przekazać danych liderowi albo wycofać się z projektu.
Może to zrobić umyślnie. Może nieumyślnie. Może zachorować. Może umrzeć. Może wejść w spór rodzinny. Może mieć problemy finansowe. Może po prostu przestać odbierać telefon. Nieważne – on i pozostali członkowie nadal odpowiadają za wszystkich. Każdy musi więc pilnować nie tylko siebie, lecz także dokumentów, certyfikatów i zachowania pozostałych uczestników. Trudno nazwać to budowaniem zaufania. Jest to raczej wzajemne uzależnienie pod groźbą wspólnego długu.
ZAGROŻENIE DLA CELÓW WSPARCIA I SAMYCH ROLNIKÓW
W efekcie konsorcjum będzie racjonalnym wyborem przede wszystkim dla rodzin, podmiotów powiązanych kapitałowo albo grup działających razem od lat. Tyle że wtedy program może jedynie finansować relacje, które istniały już wcześniej, zamiast tworzyć nową współpracę.
Druga grupa potencjalnych uczestników jest znacznie bardziej niepokojąca. To rolnicy zebrani przez zewnętrznego organizatora. Kogoś, kto powie: „Jest 480 tys. zł ryczałtu. Nie trzeba zakładać spółdzielni. Formalności są proste. Każdy coś z tego będzie miał…”.
Nie trzeba oczywiście zakładać, że każdy organizator będzie oszustem. Wystarczy stwierdzić, że regulacja tworzy idealne warunki do wykorzystania przewagi informacyjnej nad rolnikami, którzy nie rozumieją wszystkich skutków podpisywanej umowy.
CZTERY LATA FINANSOWANIA BEZ OBOWIĄZKU TRWAŁOŚCI
Konsorcjum może otrzymywać po 120 tys. zł rocznie przez cztery lata. Nie musi jednak zbudować wspólnego majątku, utworzyć osoby prawnej ani po zakończeniu wsparcia działać jako trwała organizacja gospodarcza. Może wykonać zadania, rozliczyć projekt i się rozpaść. Pozostaną obowiązki dokumentacyjne i kontrolne, ale nie musi pozostać sama współpraca.
Państwo może więc wydać 480 tys. zł na zarządzanie formą, która z definicji może zakończyć swoje funkcjonowanie wraz z wygaśnięciem zobowiązań. To właśnie jest dotacja na współpracę bez trwałej współpracy.
Spółdzielnia jest trudniejsza. Wymaga większej liczby osób, formalności i kosztów. Trzeba ją rzeczywiście prowadzić. Ma jednak zasadnicze zalety: jest odrębnym beneficjentem, posiada własny majątek, może budować wspólną markę i sprzedaż, funkcjonować po zakończeniu projektu, a przede wszystkim odpowiada za zobowiązania własnym majątkiem. Jej członkowie nie odpowiadają prywatnym majątkiem za jej długi.
Błąd członka może oczywiście zaszkodzić spółdzielni. Może nawet doprowadzić do zwrotu dotacji. Skutek uderza jednak przede wszystkim w majątek spółdzielni, a nie automatycznie w dopłaty każdego rolnika. To fundamentalna różnica. W jednym przypadku program wzmacnia odrębną organizację. W drugim tworzy wspólny węzeł odpowiedzialności, z którego trudno się wydostać.
A CO ZE SPÓŁKĄ CYWILNĄ?
W katalogu beneficjentów znajduje się również spółka cywilna. Jest ona formą bardziej gospodarczą niż konsorcjum, ponieważ wspólnicy prowadzą wspólną działalność, wnoszą wkłady i tworzą wspólny majątek. Nadal jednak nie jest osobą prawną, a za jej zobowiązania wspólnicy odpowiadają solidarnie całym swoim majątkiem.
Co ważne, spółkę cywilną mogą założyć także rolnicy, którzy wcześniej prowadzili oddzielne gospodarstwa i nie mieli historii wspólnej działalności. Może więc powstać tuż przed naborem, przede wszystkim po to, aby ubiegać się o pomoc. Wtedy problem zaczyna przypominać konsorcjum, a ryzyko jest nawet szersze, bo wspólnik odpowiada nie tylko za zobowiązania wobec ARiMR, lecz także za inne długi spółki wobec kontrahentów, banków, dostawców czy organów podatkowych.
PROGRAM, KTÓRY MOŻE ZNISZCZYĆ ZAUFANIE
Pierwszy głośny przypadek konsorcjum zmuszonego do zwrotu kilkuset tysięcy złotych może przynieść skutki znacznie szersze niż sam dług. Rolnicy nie będą analizowali, czy zawinił lider, członek, doradca, regulamin czy źle skonstruowana umowa. Zapamiętają jedno: współpraca oznacza, że płacisz za cudze błędy. Ten wniosek uderzy również w spółdzielnie, grupy producentów i każdą kolejną próbę wspólnego działania.
Dlatego konsorcjum powinno zostać usunięte z katalogu beneficjentów I.13.4. Nie tworzy trwałej organizacji, nie posiada własnego majątku, nie zapewnia bezpiecznej drogi przejścia do spółdzielni i nie chroni prywatnego majątku uczestników. Mimo to otrzymuje taki sam ryczałt jak podmioty rzeczywiście instytucjonalizujące współpracę.
Wsparcie powinno trafiać przede wszystkim do spółdzielni, grup i organizacji producentów oraz innych trwałych struktur mających własny majątek, własną odpowiedzialność i perspektywę działania po zakończeniu finansowania.
Formy pozbawione odrębnej podmiotowośc, takie jak spółka cywilna, mogą być dopuszczane wyłącznie wtedy, gdy wykażą, że wspólna działalność istniała realnie przed naborem, a nie została stworzona na potrzeby dotacji.
Bo jeżeli przez cztery lata wypłaca się setki tysięcy złotych na współpracę, to po tych czterech latach powinno zostać coś więcej niż segregator dokumentów, rachunek usługodawcy i grupa rolników, którzy już nigdy nikomu nie zaufają.
