Wspieranie drobnych rolników, które preferuje zarówno Unia Europejska, jak i kolejne polskie rządy wydaje się chwalebne. No bo kogo wspierać, jak nie tych słabszych? Problem w tym jednak, że to zasadniczo nie są gospodarstwa produkujące na rynek. Europejski i polski konsument nie spożywa wyprodukowanej przez nie żywności. Co więcej, są to najczęściej gospodarstwa, które praktycznie się nie rozwijają. Dysponują dalej tym samym kapitałem, co kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat temu. Czyli wsparcie to niczym nie różni się od pomocy socjalnej. Jeszcze na początku XXI wieku pomoc taka miała w Polsce sens, jednak obecnie, kiedy mniej czy bardziej dobrze płatnej pracy jest w brud, trzeba zapytać się o zasadność takiego wsparcia. Trzeba spytać się też, komu tak naprawdę podtrzymanie takiego podejścia służy?
TROCHĘ FAKTÓW
Żeby zrozumieć poruszaną tu kwestię trzeba zdać sobie też sprawę z kilku faktów, a Polska jest najlepszym ich obrazem. W Polsce mamy około 1 200 000 gospodarstw rolnych, które otrzymują dopłaty do prowadzonej działalności rolniczej. Z tego tych, które produkują na rynek łącznie z tymi, które mają taką perspektywę z racji choćby zaradności prowadzących je, rozwojowych rolników, pewnie jest około 300 000. Zatem około 900 000 gospodarstw w Polsce to gospodarstwa nieprodukcyjne. Z czego się one zatem utrzymują? Z pracy poza rolnictwem lub z prowadzonych działalności gospodarczych niezwiązanych z rolnictwem podpartych niekiedy wsparciem socjalnym. Uprawa roli lub po prostu kasowanie dopłat nawet bez jej uprawiania stanowi dla nich tylko dodatkową, niezbyt istotną część dochodu. Koszty prowadzonej działalności rolniczej czy ceny skupu płodów rolnych nie wpływają mocno na ich budżety, nie budzą trwogi. Często oni tych cen nawet nie znają.
W wypadku rolników produkcyjnych rzecz wygląda zupełnie inaczej. Zostawmy już na boku skromny odsetek gospodarstw wielkotowarowych, bo ich ekonomika wygląda zupełnie inaczej. Skupmy się na soli tej ziemi, czyli gospodarstwach średnich i dużych – tych produkcyjnych, rozwojowych, inwestycyjnych, od których też działalności zależą losy całej branży okołorolniczej. Z racji prowadzonej intensywnej działalności rolnicy je prowadzący nie mają najczęściej czasu na nic więcej poza swoją rolą. Ich jedyny dochód stanowią pieniądze, które uzyskują ze sprzedaży swoich płodów rolnych. To oni właśnie są najbardziej narażeni na wydawałoby się często przypadkowe, nieprzewidywalne i w ostatnich czasach skokowe wahania rynku.
Z kolei europejski system wsparcia dla rolnictwa ma swoje uzasadnienie. Ma zapewniać bezpieczeństwo żywnościowe, czyli zapewniać utrzymanie europejskiej samowystarczalności żywnościowej. Ma zmniejszać koszt produktów żywnościowych dla europejskiego konsumenta i zwiększać konkurencyjność europejskiego rolnictwa na rynku zewnętrznym. Ma też rekompensować rosnące koszty wraz z narzucanymi rolnikom coraz wyższymi standardami zdrowotnymi i środowiskowymi w produkcji rolnej. System ten zawsze ma swój budżet i z konieczności, jeśli chce się dać więcej jednym, to trzeba przykrócić tę pomoc drugim.
CZY SŁABSZY TO MNIEJSZY?
„Wspierajmy tych słabszych!” Te słowa w wymiarze społecznym, w wymiarze europejskiego humanitaryzmu i w wymiarze chrześcijańskim, który ukształtował europejską tradycję oraz kulturę, brzmią bardzo dobrze. Każdy Europejczyk w pierwszym odruchu im przyklaśnie. Jednak kto jest tym słabszym w odniesieniu do gospodarstw rolnych? Czy ten, którego budżet domowy praktycznie nie zależy od cen na rynku? Czy może ten, który wskutek rynkowych nieoczekiwanych turbulencji traci podstawy swojej egzystencji, przestaje być wypłacalny i któremu może zagrażać wskutek tego utrata zgromadzonego majątku w części lub nawet w całości?
Dla Unii Europejskiej słabszy znaczy jednak mniejszy i z uporem oraz całą swoją manifestowaną „eurpejskością” wskazuje preferencje dla gospodarstw drobnych, zasadniczo nieprodukcyjnych, kosztem gospodarstw produkcyjnych. Działo się tak w uchwalonych wszystkich poprzednich budżetach, dzieje się tak również w formującym się obecnie budżecie kolejnym. Zaprawdę to szczytne i chwalebne, jednak nijak mające się do wskazywanych celów wsparcia, nawet jeśliby przyjąć, że mają one zaszyte w sobie tak naprawdę cele głównie socjalne.
ZMOWA INTERESÓW ELIT POLITYCZNYCH, GLOBALNYCH GRACZY I MEDIÓW
Kto jednak jeszcze przyklaśnie tak szczytnemu i chwalebnemu podejściu. Niewątpliwie szampana otworzą wielkie rolnicze korporacje, globalne lobby rolniczo – przetwórcze, agroholdingi – te europejskie, prowadzące znaczną część swojej produkcji poza obszarem unii europejskiej, jak i te w całości pozaeuropejskie. Oni doskonale wiedzą, że znaczna część z tych kilkudziesięciu miliardów euro, jakie UE wydaje rokrocznie na wsparcie rolnictwa, idzie kompletnie w palnik. Wiedzą, że za 10 – 15 lat tych małych gospodarstw i tak nie będzie. Jednak nie to jest dla nich ważne. Nie one są ich celem. Celem są gospodarstwa średnie i duże. One stanowią jakąś lokalną konkurencję. Tylko przejmując ich potencjał mogą też sprawnie rozszerzyć swoją potęgę. To z racji ograniczenia wsparcia dla nich strzelają kurki, bo to te gospodarstwa bez odpowiedniej osłony, sterując rynkami to w jedną to w drugą stronę, można najłatwiej doprowadzić na skraj przepaści.
Czy nie wiedzą tego politycy? Czy nie wiedzą tego przedstawiciele ogólnokrajowych, największych organizacji rolniczych. Przecież to nie są naiwniacy! Dla nich jednak „ochrona europejskiego / polskiego rolnictwa” to tylko wyświechtany frazes. Ich interesuje jedynie ich doraźny interes polityczny, czyli ich osobisty. Ile waży 300 000 głosów w porównaniu do niemal miliona reszty. A przemnóżmy te głosy jeszcze razy trzy, bo przecież każdy to jeszcze minimum dwa dodatkowe głosy rodziny. To jest ta wielkość, która zaważy w kolejnych wyborach, dając jednym lukratywne posady, a innych skazując na niebyt. Wołają więc jeden przez drugiego głośniej, na szczeblu krajowym i europejskim, że to w tych drobnych jest tradycja, na nich opiera się żywnościowe bezpieczeństwo, oni są solą tej ziemi i wara od nich. Im trzeba sypać jak najwięcej. Te słowa następnie łapczywie spijają media branżowe i nie tylko, bo im też przecież zależy na jak największych zasięgach. Ich to tylko interesuje i nic więcej.
A rolnicy produkcyjni? Głos ich w całym tym zgiełku niknie i blaknie. Oni nie mają czasu na to, by wokół siebie się rozejrzeć. W biegu sieją, w biegu zbierają, w biegu robią obrządki przy zwierzętach. Nocami dłubią unijne papiery dotyczące norm takich i śmakich, wypełniają wnioski o unijne dopłaty, liczą raty za te wszystkie piękne i wielkie ciągniki oraz piękne i wielkie kombajny, które służą im po prostu do pracy. Starają się wyjść jak najbardziej do przodu, bo przecież, jeśli się tyra od rana do nocy, to chce się mieć chociaż samochód, chociaż dom z tego jakiś, chociaż pojechać na jakieś wakacje. No i mają, ale to wszystko jest okupione ciężką pracą, odwagą inwestycyjną, zaradnością, wiedzą zdobytą na studiach rolniczych i doświadczeniem gromadzonym przez lata. To oni dla jednych są celem do przejęcia kapitału, a dla drugich nikłym kapitałem politycznym.
Nie wierzmy w niczyją naiwność i oczywiście można tu wietrzyć teorię spiskową, ale fakty i zbieżne intencje wskazują, że to nie teoria, że to rzeczywistość.
AKT DRUGI: MERCOSUR I INNI
Do tego otwórzmy akt drugi, z czasów już obecnych: ściąganie żywności z Ukrainy, ściąganie tej pochodzącej z Rosji przez kraje trzecie, umowy handlowe z Mercosur, USA i z innymi krajami spoza unii europejskiej. Europa otwiera nowe rynki zbytu dla swoich nowoczesnych technologii, dla niemieckiej motoryzacji i przemysłu chemicznego w zamian za wpuszczenie na europejski rynek produktów żywnościowych, które nie miałyby prawa nawet wyrosnąć na polach unii europejskiej. Co więcej, jeżeliby europejski rolnik zastosował jakikolwiek z pestycydów, który hektolitrami jest lany na uprawy poza unią europejską, a w unii zakazany, to nakryłby się grzywną i już nie powstał, a plony z takiej uprawy zostałaby zniszczone komisarycznie, tak samo jak narkotyki.
Produkty te z oczywistych powodów są o wiele tańsze od powstałych w UE. Zyski z nich bardzo często czerpią przede wszystkim europejskie korporacje czy to z racji ich produkcji poza obszarem UE czy to z racji wytwarzania z nich żywności dla europejskiego konsumenta. Konsument o tym jednak się nie dowie, nikt go nie uświadomi, nikt nie będzie mógł oznaczyć tak powstałej żywności jako niebezpiecznej dla jego zdrowia i powstałej w sposób zagrażający środowisku. Pójdzie do dyskontu i kupi coś tańszego, a w wyglądzie i smaku takiego samego i z błogą świadomością większej sumki pozostałej na koncie, zje to sobie ze smakiem.
MONOPOLISTYCZNY FINAŁ
Europejskiemu rolnikowi nieprodukcyjnemu nie zrobi to różnicy. Może wręcz sam skorzysta z kolejnej świetnej promocji, mając nawet jakąś świadomość, że coś tam może być może, ale w sumie to co go to obchodzi. Europejski rolnik produkcyjny zostanie za to z towarem albo będzie musiał sprzedać go po cenie zbliżonej do kosztów wytworzenia, Zaweźmie się, zastawi i wytrzyma może jeszcze jeden rok, drugi piąty, może nawet dziesiąty, ale potem stwierdzi, że trzeba to wszystko rzucić w cholerę. Ma kapitał, sprzeda ziemię, trochę mu zostanie po spłacie kredytów i z tym pójdzie w biznes inny. Jak nie wyjdzie to cóż, jest przyzwyczajony do podejmowania ryzyka.
Wtedy przyjedzie do niego pięknym samochodem i pod krawatem przedstawiciel korporacji. Da cenę, może byle jaką, ale przynajmniej będzie chciał kupić, bo przecież wszyscy pozostali rolnicy produkcyjni w okolicy są tej samej sytuacji. W ten oto sposób zaczniemy wszyscy chodzić na pasku korporacji, które dopiero wtedy, razem, wszystkie do kupy, pokażą co znaczy monopol w produkcji żywności. Bo co? Jedzenia nie kupisz? Nie kupisz?! Kupisz! Za tyle, za ile będą chcieli Ci sprzedać.
Zdjęcie wygenerowane przez AI.
